Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 107 101 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Polecamy matce radcę

czwartek, 13 lutego 2014 13:48

Znalazłem sobie literacką niszę. A nawet kilka nisz. Pierwsza to współczesne ćwiczenia logopedyczne. Te stare typu: „Król Karol kupił królowej Karolinie korale koloru koralowego” czy „Szedł Sasza suchą szosą” należałoby poddać weryfikacji. Nie zanosi się na powrót monarchii w naszym kraju, ochłodziły nam się kontakty ze wschodnimi sąsiadami, więc i coraz rzadziej jakiegoś prawdziwego Saszę można u nas spotkać. Natomiast nikt nie zauważył, że popularyzują się arabskie używki i japońska kuchnia. Stąd moje propozycje: „W czasie suszy szisza sucha” i „Suchą szosą szli na sushi”.

Druga nisza to pisanie hymnów korporacyjnych. Rośnie na to popyt. Wpadł mi w ręce śpiewnik wydany na gazowniczą Barbórkę firmy „Gaz System” (w skrócie nazywają się GS, chociaż mnie ten skrót kojarzy się z czymś innym. Z Gminną Spółdzielnią „Samopomoc Chłopska”, której sklep, w czasach mojego dzieciństwa, był w Solinie). Górnicy – gazownicy przy okazji swojego święta śpiewają to, co wszyscy inni ich koledzy po fachu: „Walczyk górniczy”, „Gdybym miał gitarę”, „Fajny chłop”, „Hej sokoły”, „Jarzębino czerwona”, „Komu dzwonią”, „Jak długo na Wawelu”… Ale śpiewnik zaczyna się od „Hymnu Gaz Systemu”, którego tekst dopisał ktoś do melodii amerykańskiego „Hymnu Bojowego Republiki” (czyli słynnego „Glory! Glory! Hallelujah!”). Zacytuję tylko pierwszą zwrotkę i refren, bo to i tak wystarczająco dużo wrażeń:

Naprzód, wesoło niechaj żyje nasz GS,
Niech w naszych sercach nigdy nie zagości stres,
Niechaj rurami nieprzerwanie płynie gaz,
Więc śpiewajmy wszyscy wraz.
Ref:
Glory, glory nasze rury, od Bałtyku aż po góry,
Glory, glory nasze rury, niechaj żyje nasz GS…

Można? Włączę się w nurt poezji korporacyjnej i zasypię nasz kraj hymnami różnych firm, przedsiębiorstw, holdingów, stowarzyszeń, związków. Już zacząłem. Prowadząc „Bal radcy prawnego”, dowiedziałem się, że ta grupa zawodowa nie ma jeszcze swojego hymnu, więc zacząłem pisać piosenkę o matce, która po rozwodzie szuka pomysłu na dalszą część życia:

Matka poprosiła dzieci:
- Czy możecie mi polecić
Kogoś, z kim uczucia nić
Mogę snuć i da się żyć?
Z kim przez życie pójdę gładko
W sposób miły i zabawny?
Dzieci na to: - Ależ matko!
Polecamy radców prawnych!
Ref:
Polecamy matce radcę,
Radcę polecamy matce,
On otula, nie osacza,
Matce polecamy radcę,
Polecamy matce radcę,
Matce radcę cza, cza…

Poślubiła matka radcę,
Była z radcą na okładce
Kwartalnika „Dobry Ton –
- Wykaz Radców i Ich żon”…

Jak się cały hymn nie przyjmie, to przynajmniej refren się przyda do ćwiczeń logopedycznych.

Prawdopodobnie samo nie urośnie to do rangi symbolu. Ale można jak zwykle pokombinować i usymbolizować coś niesymbolicznego. Jeśli to nastąpi dziś, zawsze będzie można zapytać: „Czy to na pewno przypadek, że Andrus zakończył pracę nad swoim blogiem 13.02.2014, czyli dokładnie 180 lat po dniu, w którym Adam Mickiewicz zakończył pracę nad >Panem Tadeuszem<?”. Między nami mówiąc – oczywiście, że przypadek, ale zawsze jakiś lekki ferment takim skojarzeniem można wywołać. Tak naprawdę powód zakończenia tego pisania jest banalnie prosty – kiedyś to się musiało skończyć. Zatem informując, że jest to ostatni mój wpis w tym miejscu, dziękuję Państwu za kilka lat czytania, a Wirtualnej Polsce za udostępnienie możliwości stałego kontaktu z czytającymi. I teraz szukajmy się gdzie indziej. Jest parę takich zakątków w świecie wirtualnym (choćby strona na Facebooku czy www.arturandrus.art.pl – oba miejsca stworzone i prowadzone przez grono życzliwych mi ludzi), a jeszcze więcej w realnym, w których na pewno uda nam się zobaczyć, usłyszeć, poczytać.

I jeszcze jedno - na miejscu Mickiewicza szczerze napisałbym, dlaczego księga dwunasta jest ostatnią i tak nagle zakończył pracę 13.02.1834. Po prostu – miłość i inne obowiązki:

I ja tam z gośćmi byłem, miód i wino piłem,
A com widział i słyszał, w księgi umieściłem.
I umieściłbym więcej, ale nie dam rady,
Jak wrócę od Celiny, to dokończę „Dziady”.


Podziel się
oceń
806
18

komentarze (156) | dodaj komentarz

KOPA

środa, 29 stycznia 2014 9:19

Z angielskim jakoś mi nie po drodze. Chodzi o to, że nie umiem, nie znam i mam kompleks. Może to traumatyczne wspomnienia z pierwszej lekcji języka angielskiego? Zapisałem się na kurs w domu kultury. Wyszedłem na pierwszą lekcję wcześniej, bo tata kazał mi po drodze kupić puszkę białej farby olejnej. Kupiłem, przyszedłem, usłyszałem tylko:

- Gud afternun

i… TRAACH! CHLUUP! CHLUUP… To moja farba! To znaczy mojego ojca! Wylała się na wykładzinę w sali wykładowej. I kiedy reszta grupy chóralnie powtarzała:

- Maj nejm is…

Ja, czerwony ze wstydu, zbierałem papierowym ręcznikiem białą farbę z podłogi. Na drugie zajęcia nie przyszedłem, bo byłem pewien, że lektor zacznie od nauki zwrotu: „To jest Artur, jemu się wylewa biała farba olejna”. Potem próbowałem jeszcze parę razy, ale mi nie szło. Zacząłem leczyć swoje kompleksy wymyślając żarty typu: „Tak naprawdę po angielsku trzeba opanować tylko dwa słowa: mejbi i bejbi i umieć ich odpowiednio użyć”. Ale wstydzę się. Podejrzewałem, że nie ja jeden. Dlatego postanowiłem zapytać słuchaczy mojej audycji, jak radzą sobie z nieznajomością angielskiego w czasach, kiedy to jest właściwie konieczność? Powołałem KOPA, czyli Komitet Oporu Przeciwko Angielskiemu. Miało się to nazywać Komitet Lekkiego Oporu Przeciwko Angielskiemu, ale skrót mi się nie podobał. Oto opowieści ludzi:

Tomek: „Dwóch znajomych w knajpie w UK. Jeden potrzebował serwetki, zwrócił się do kelnera słowami: serwetejszon plis".

Michał: „W Madrycie, weszliśmy z żoną do restauracji, gdzie przemiły pan kelner zaczął do nas mówić płynną hiszpańszczyzną. My oczywiście ni w ząb w tym języku. Pytamy, czy mówi po angielsku, ale żadnej reakcji, nadal potok słów wydobywa się z jego ust… No to my po polsku do niego. Znów to samo. W końcu po kilku minutach przemowy i oglądania naszych lekko zakłopotanych min, pan powiedział „closed” i wrócił do swoich zajęć”.

Ania: „Mój wujek pracujący w Irlandii, zawsze twierdził, że nie jest mu potrzebny angielski. Zapytany o to, jak miałby powiedzieć swojemu pracodawcy, że chce herbaty do śniadania, podał mi prostą instrukcję:

-Zawsze mam w kieszeni torebkę ekspresówkę, kartkę i ołówek.

Widząc moje zdziwienie, wytłumaczył :

-Pokazujesz ekspresówkę, a na kartce piszesz H2O + 100°C - nawet Irlandczyk zrozumie o co ci chodzi”.

Tomasz: „Miałem kolegę na studiach, którego profesor przed zajęciami spytał:

-How are you?

Kolega źle usłyszał i odpowiedział:

- Thank you, I’m twenty”.

Barbara: „Wakacje we Włoszech. Siedzimy w uroczej włoskiej knajpce. Wśród nas – Włoch, przyjaciel naszej znajomej. Mąż uparł się, że będzie rozmawiał po angielsku. Patrzyliśmy z synem na jego potyczki językowe z przerażeniem, gdyż znajomość języków obcych w jego przypadku jest znikoma. W pewnym momencie, kiedy próbował wyrazić swój sprzeciw wobec jakiegoś problemu, który poruszył Włoch, mój małżonek wykrzyknął: 

- This is …Potwarz i kalumnia!

Co dziwne, wydawało mi się, że Włoch zrozumiał”.

Zdaje się, że skuteczną metodą ucieczki od kłopotów z angielskim jest skierowanie uwagi rozmówcy na inny język. Ten inny możemy znać na podobnym poziomie, musi tylko brzmieć obco i słowa należy wypowiadać z wyrazem pewności na twarzy:

Jarka: „Znajmy mojego taty, w restauracji w Hiszpanii chciał zabłysnąć i zamówić kurczaka na obiad, więc powiedział:

- Ajne kiten kokoten bite.

Innym razem, na wycieczce, poprosił przechodnia o zrobienie zdjęcia, mówiąc:

- Aparaten psztryken bite”.

Bogumił: „Na obozie harcerskim w zaprzyjaźnionym wówczas kraju, koledzy przymusili mnie bym pokonwersował z naszą opiekunką, Rosjanką. Zacząłem tak:

- How do you do?

Na to ona:

- A u nas jeszczio etowo nie byla...”.

Z przeżyć innych ludzi należy wyciągać wnioski dla siebie samego. Ja zacznę stosować metodę z opowieści Tomasza i Bogumiła. Na większość pytań po angielsku będę odpowiadał „U nas jeszczio etowo nie była”. Tylko na „How are you” będę zawsze reagował: „Thank you, im twenty”. Pytający na pewno się zniechęci, bo to przecież za drogo.

 


Podziel się
oceń
639
15

komentarze (90) | dodaj komentarz

Jedzie Jasio od Torunia

poniedziałek, 13 stycznia 2014 12:35

 

Zadzwoniła pani z telewizji i zaprosiła do udziału w programie z okazji Dnia Dziwaka. Zgodziłem się. A po chwili zacząłem się zastanawiać dlaczego ja? Czy fakt, że kolekcjonuję zapałki wypalone w dwóch trzecich, dokładnie co 14 minut robię trzy przysiady, przebiegam drogę czarnym kotom, kanapkę jem zawsze masłem do ziemi i czytam wyłącznie leworęcznych pisarzy jest już wystarczającym powodem, żeby wyzywać mnie od dziwaków? A może nie było w tym zaproszeniu żadnej złośliwości? Tylko po prostu chcieli mnie gościć, bo mnie lubią i szukali jakiegokolwiek pretekstu? Dzień wcześniej był Dzień Filatelisty, dzień później Dzień Elvisa Presleya. Widocznie im się nie kojarzyłem ani z jednym, ani z drugim. A szkoda, bo gdyby zapytali, to bym szczerze powiedział, że tak naprawdę to ja jestem Elvisem Presleyem i zbieram znaczki z Marią Skłodowską – Curie. To znaczy… Nie, że zbieramy razem… Ja sam zbieram znaczki, na których jest Maria Skłodowska – Curie. Najlepiej w laboratorium. To znaczy… Nie, że zbieram znaczki w laboratorium… Tylko takie, na których Maria jest w laboratorium. Lubię kobiety w laboratoriach.

 

Kalendarz z wykazem świąt (tych dziwnych i tych normalnych), rocznic, obchodów, jest skarbem dla każdej redakcji. Nie ma się pomysłu na jutrzejszy program – zagląda się do kalendarium, a tam napisane, że jutro Dzień Osób Nieśmiałych i Ukrytej Miłości (naprawdę jest taki!), i już jest o czym mówić. Sam zresztą wielokrotnie korzystałem z takich kalendarzowych podpowiedzi. Na przykład dowiedziałem się niedawno, że 2014 ogłoszono rokiem Oskara Kolberga, wybitnego etnografa, folklorysty, człowieka, który z pasją dokumentował polską kulturę ludową. Na pewno pojawi się mnóstwo pomysłów na uczczenie dwusetnej rocznicy urodzin wybitnego polskiego naukowca. Akademia, spektakl, książka, pewnie ukaże się znaczek z Kolbergiem… A może nawet z Kolbergiem odwiedzającym w laboratorium… Przepraszam, poniosło mnie… Kazania, przemówienia, odsłonięcia, nadania imion szkołom, ulicom, uroczyste przecięcie wstęgi i podpalenie tęczy. Ja wpadłem na inny pomysł. Namówiłem słuchaczy mojej audycji, żebyśmy wspólnie tworzyli nowe utwory ludowe. Po co? A po to, żeby jakiś współczesny Kolberg miał się czym zachwycić, miał co zbierać.

Poszukując inspiracji zajrzałem do „Pieśni i melodii ludowych w opracowaniu fortepianowym” Oskara Kolberga. Otwierałem na chybił trafił i się zachwycałem. Na przykład czymś takim:

 A na moście trawa roście,

Da, pod mostem ślaz, ślaz,

Mówiła mi grzeczna panna,

Żebym z konia zlaz, zlaz.

A ja tego nie uczynę,

A ja tego nie uczynę,

Bo się boję o dziewczynę,

Jużem tu był raz, raz…

albo jeszcze to:

Jedzie Jasio od Torunia, cztery konie miał, miał,

Miał, miał, miał, miał, miał, miał…

Jakie proste! A ile daje radości! No to ja mam takie propozycje nowych utworów ludowych:

Zima odebrała życie

Kolorowym kwiatkom,

Jedzie, jedzie przedstawiciel

Na furmance z kratkom!

Dobre! Tylko za mało nieprzyzwoite jak na utwór ludowy. To może:

Jakem nocą szedł od Madzi,

Przebiegła mi drogę owca,

Wyglądała jak z Czeladzi,

A była z Sosnowca! Hej!

Też za mało pikanterii jak na folklor. Będę jeszcze próbował. I ciebie ludu też namawiam. Pisz! Śpiewaj! Przekazuj z pokolenia w pokolenie!

A może trochę doerotyzuję opowieść o tym Jaśku, który jechał od Torunia?

A przy drodze stała panna, dwieście złotych miał, miał,

Miał, miał, miał, miał, miał, miał…


Podziel się
oceń
651
20

komentarze (84) | dodaj komentarz

sobota, 26 lipca 2014

Licznik odwiedzin:  4 961 650  

Polecamy



Tym razem do prześmiesznych rozmów na pełnych prawach włącza się trzecia wybitna postać - Wojciech Karolak. Słynny jazzman, podpytywany przez dociekliwego Andrusa, barwnie opowiada o małżeństwie z Czubaszek, a jest to związek nie zawsze zgodnych indywidualistów!

"Nowy album „Piłem w Spale... I co dalej?" to zapis koncertu, który odbył się rok temu w Warszawie, w Teatrze Syrena. Był to nie tylko wieczór koncertowy, ale również wydarzenie towarzyskie - Andrus zaprosił na scenę przyjaciół: Marię Czubaszek, Hannę Śleszyńską, Andrzeja Poniedzielskiego, Grupę MoCarta, Chór Collegium Musicum Uniwersytetu Warszawskiego i muzyków, z którymi stale współpracuje - Łukasza Borowieckiego, Wojciecha Steca i Pawła Żejmę.


"Książka zawiera osiem zabawnie ilustrowanych bajek o charakterze satyrycznym, przeznaczonych zarówno dla dzieci (5-7-letnich), jak i dla dorosłych. Bajki w satyryczny sposób przedstawiają cechy i przypadłości ludzkie, ujawniające się w wieku dziecięcym, z którymi borykamy się do późnej starości, np. brak tolerancji, brak życzliwości, egocentryzm, chciwość itp. Bajki zawierają przesłanie czytelne dla obu grup odbiorców. Do książki dołączona płyta z bajkami nagranymi częściowo przez autora."


"Blog osławiony między niewiastami" to nie tylko papierowy wybór najlepszych i najśmieszniejszych tekstów z jego bardzo popularnego bloga internetowego, ale także swoiste „Dzieła wybrane”.


"Myśliwiecka" zawiera piosenki Artura Andrusa zaśpiewane przez samego Autora. Są to głównie utwory kabaretowe, pisane do programów telewizyjnych i na potrzeby występów estradowych.


Rozmowa dwóch wybitnych osobowości polskiej sceny kabaretowej – Artur Andrus wnikliwie przepytuje Marię Czubaszek z jej twórczości oraz burzliwego życia towarzyskiego i rodzinnego.

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Bloog pod patronatem Nieformalnego Stowarzyszenia Umiarkowanego Ograniczania Nadmiaru Wolności w Internecie (NSUONWwI)

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl