Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 200 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Twoja stara.

poniedziałek, 28 stycznia 2008 10:00

Fascynuje mnie poszukiwanie podobieństw w zjawiskach teoretycznie wykluczających się. Ot na przykład czy można być subtelnie wulgarnym? Można. W związku z pewnym projektem telewizyjnym, od paru miesięcy przeglądam archiwa Wytwórni Filmów Oświatowych w Łodzi. Niedawno trafiłem na coś zachwycającego. Zrealizowany kilkadziesiąt lat temu film poświęcony higienie dzieci. Jest tam na przykład instruktaż, jak w „warunkach budownictwa bezłazienkowego" własnoręcznie wykonać „urządzenie natryskowe" (wystarczą: miednica, konewka, hak do zawieszenia konewki i już dziecko zadbane). Można usłyszeć zachętę do czytania fachowej literatury związanej z tematem, pokazane są okładki różnych książek. Ten fragment trwa tylko kilka sekund, ale uważnie mu się przyjrzałem, przewijając kilka razy i zatrzymując w odpowiednim momencie. Okazuje się, że rozszerzono zakres prezentowanej literatury. Być może o tematy, którymi zainteresowani byli realizator i operator? Otóż obok książek: „Jaś idzie do I a", „Na ciebie patrzy dziecko", „Higiena dziecka w wieku szkolnym" leżały na stole: „Zapalisz? A może się napijemy?", „Bóle głowy", „Wątroba".


Ale wracając do subtelnej wulgarności. Jest w tym filmie pewien kłopotliwy moment. Otóż  twórcy postanowili zasugerować widzowi, że szczególną uwagę należy zwracać na mycie intymnych części ciała. W filmie adresowanym do studentów medycyny, być może mogliby używać sformułowań typu „penis", „żeńskie narządy płciowe". Ale jak takimi określeniami dotrzeć do spłoszonego dziecka, o którego higienę w wieku szkolnym ma zadbać niemniej wystraszony rodzić, który właśnie przed chwilą własnoręcznie wykonał „urządzenie natryskowe" z konewki? Używać wulgarnego języka budki z piwem czy szkolnej szatni? Nie! Można inaczej. Otóż nagle na ekranie pojawiła się animowana postać, zarys człowieka. Rysownik nie wdawał się w szczegóły - człowiek był ciemną plamą, jedynymi widocznymi na rysunku szczegółami anatomicznymi były ręce, nogi i głowa. W miejscu wspomnianych kłopotliwych narządów pojawiły się białe kółka, a lektor oznajmił: „Szczególną uwagę należy zwracać na mycie miejsc zaznaczonych kółkiem". I już. Obraz był tak sugestywny, że gdybym go zobaczył kilkadziesiąt lat temu, nie wchodziłbym do łazienki bez zaznaczenia na swoim ciele kółkiem miejsc, które powinienem umyć. Na przykład po każdym posiłku zaznaczałbym kółkiem zęby. A co to ma wspólnego z subtelną wulgarnością? Otóż ten pomysł zaczerpnięty ze starego oświatowego filmu, można wykorzystywać w codziennych sytuacjach kryzysowych. Kiedy mam ochotę komuś nawrzucać, mogę zamiast wulgarnego „Ty..." (tutaj chamskie określenie męskiej lub żeńskiej części ciała w zależności od tego czy mówię do mężczyzny czy kobiety) użyć subtelnego „Ty miejsce zaznaczone kółkiem".


            Jednym z najobrzydliwszych przekleństw jakie można rzucić pod adresem przeciwnika jest to odnoszące się do jego matki, kończące się na „mać". Poeci szukają subtelnych zamienników, Andrzej Waligórski w „Balladzie o rogach" pisał:


„...Powstał książę, wdział spodnie,

Obraził słownie matkę,

Chwycił w rękę pochodnię,

W drugą chwycił armatkę...".

Tymczasem na odkrywczy pomysł wpadła współczesna młodzież. „Twoja stara klaszcze u Rubika" - to przekleństwo podobno już weszło do języka potocznego młodych Polaków. W programie kabaretowym usłyszałem niedawno „A twoja stara ma zero znajomych na Naszej Klasie", studenci w Poznaniu dorzucili mi „Twoja stara ciągnie rzepkę w Familiadzie". Powiedzeń ze „starą" w roli głównej jest już podobno setki. I nie obrażajcie się drogie mamy za „starą". Po pierwsze nie da się ukryć, że musicie być starsze od Waszych synów czy córek, po drugie „stara" to brzmi dumnie. Poeci pisali o „starych" („Powiedz stary gdzieś ty był..."), poświęcano im nazwy miast (Starogard, Stary Sącz), filmy („Star Trek"). A młodym gratuluję pomysłu połączenia subtelności z wulgarnością, inwektywy z komplementem. Bo przecież jest wielu takich, którzy marzą o tym, żeby zobaczyć mamę na próbie klaskanej kolejnej „Symfonii Sanockiej" czy odpowiadającą na pytanie „Co jest najbardziej podobne do bigosu?" w popularnym teleturnieju.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (40) | dodaj komentarz

Tekst, który nie został napisany, w związku z brakiem pomysłu.

czwartek, 17 stycznia 2008 11:14

Czasem lepiej nic nie napisać. Napisze się byle co a potem jakiś młody Hemar przyłoży fraszką: „Myślałem, że w tym tygodniu

                  Nie napisze, odpocznie.

                  Jest przecie strajk śmieciarzy.

                  Wyłamał się widocznie.”

            Lepiej od razu, uczciwie przyznać się ludziom, że nic ciekawego się nie wymyśliło i dlatego się nie napisało. Można też inaczej – bezczelnie złożyć samokrytykę. Kiedyś późną nocą zobaczyłem końcówkę pewnego zaskakującego filmu. Wyglądało to tak, że reżyser chodził z kamerą między roznegliżowanymi panienkami i mówił im jakie będą sławne. A na koniec, na napisach, widzowi tracącemu powoli przytomność w związku z poziomem artystycznym filmu, twórcy zafundowali piosenkę. Śpiewa ją sam reżyser. I śpiewa tak (cytuję z pamięci, ale mam jeszcze w miarę dobrą):

„To co, że słaby scenariusz?

 Ja nie jestem Wajda tylko Mariusz”

Właściwie od razu chciałoby się powiedzieć, że to widać, że nie musiał tego śpiewać. No i już po sprawie. Reżyser złożył samokrytykę i wara od niego i jego dzieła. Genialny pomysł! Przecież to można zastosować właściwie wszędzie i w każdej okoliczności. Pijany kierowca na drodze mówi policjantowi:

„To co, że przeze mnie wypadek?

Ja nie jestem Hołowczyc, tylko Tadek”. I idzie do domu.

Lekarz spartaczył operację:

„To co, że pacjent nie przeżył?

Ja nie jestem jakiś wybitny amerykański profesor, tylko Jerzy” i prokurator może mu nadmuchać w stetoskop.

Nie udaje się rządzić krajem:

„To co, że Polska w kryzysie?

Ja nie jestem Grabski, tylko Rysiek”

I proszę - samokrytyka złożona, ale nigdzie nie pada słowo „przepraszam”. Więcej, z tego typu samokrytyki wynika, że to tamci są frajerzy. Reżyser Mariusz pokazuje się w telewizji mimo, że miał słaby scenariusz – Andrzej Wajda musiał zrobić dobry film, żeby dojść do tego samego. Oczywiście „tego samego” w pojęciu reżysera Mariusza.

            W przypadku braku tematu na cotygodniowy tekst można odpowiedzieć na listy czytelników. Pod warunkiem, że są. Szczęśliwie są. A dokładniej jest. Pani Hania z Kalisza napisała do mnie, że czyta, że jest „nowoczesną nastolatką w średnim wieku”, że przyjaciele nazywają ją „śmieszką”, że jest „niska wzrostem ale wielka duchem”. I na koniec:

„Pozwolę sobie zadać pytanie: jak Pan sobie wyobraża nastolatkę w średnim wieku? Może będzie to temat do następnego Pana felietonu?” Na cały tekst chyba nie wystarczy, ale na końcówkę? Zajrzałem do „Narodowego Planu Rozwoju Rzeczypospolitej Polskiej na lata 2004 – 2006” przyjętego przez Radę Ministrów 14 stycznia 2003 roku (nie wiem skąd u mnie w domu są takie publikacje, zastanawiam się czy przypadkiem ktoś nie podrzucił mi jakichś dokumentów z likwidowanych Wojskowych Służb Informacyjnych). I tam, w punkcie 8 znalazłem informację, że przeciętna długość życia kobiet w Polsce w roku 2000 wynosiła 78 lat. I że na 100 mężczyzn przypadało 106 kobiet. Z kolei w innych źródłach doczytałem, że w roku 2001 średni wzrost polskich poborowych wyniósł 177,4 cm. Zatem nastolatka w średnim wieku to nastolatka, która w roku 2000 miała 39 lat i była w niezbyt komfortowej sytuacji, bo przypadało na nią niecałe 0, 95 mężczyzny czyli jeden poborowy z roku 2001, ale o wzroście 168,5 cm. Jasne?

„To co, że w tym nie ma żartu?

Ja nie jestem Laskowik, tylko Artur”.

Z pokorą przyjmę recenzję jakiegoś drugiego Hemara, który po przeczytaniu tego, na co dzisiaj nie wpadłem, napisze: „Pośród felietonistów wielu

                                                  Dziesiąta woda po Kisielu.”
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (30) | dodaj komentarz

Kopernik + Modrzejewska = BWM

czwartek, 10 stycznia 2008 11:02

          Polska: jesień, muzyka, fantazja, dusza... Polskie: drogi, wierzby, zboża... Po polsku: gościć, bawić się, mówić, myśleć... To kilka określeń z tych, które znałem dotychczas. Ale parę tygodni temu dopisałem do słownika nowe. Znalazłem krótką informację pod tytułem „Francuz na lotnisku kopał, pluł i przeklinał po polsku”. Chodziło o jakiegoś pana, który będąc niezadowolonym z obowiązku poddania się kontroli granicznej na lotnisku w Krakowie, zaczął się awanturować. Jeśli chodzi o przekleństwa, to rozumiem – wiadomo jakie słowa podsuwamy zagranicznym znajomym na początku nauki języka polskiego. I ile radości sprawia nam, kiedy już wmówimy im, że to takie małe, okrągłe, co się  kupuje w piekarni na śniadanie nazywa się „dupa”, a to na czym siedzisz to jest „bułka”. I ten dreszczyk emocji, kiedy po raz pierwszy wysyłamy go do sklepu spożywczego. Ta radość, kiedy zamiast trzech bułek przynosi w garści ulotkę z numerem telefonu agencji towarzyskiej „Purpurowa Chryzantema”. Ubaw po pachy, kiedy znajomy cudzoziemiec orientuje się, że padł ofiarą głupiego żartu, ale jeszcze się pogrąża dukając w zdenerwowaniu: „Pocauj mje w bułke”. Przekleństwa rozumiem. Ale kto tego Francuza nauczył kopać po polsku i po polsku pluć? Czy to też jakiś fragment naszej narodowej tradycji? Od razu zaczynam się zastanawiać jak pluł Kościuszko a jak kopała Maria Dąbrowska? Czym się to nasze plucie i kopanie różni na przykład od skandynawskiego czy greckiego? Jest słowiańskie, czyli takie tęskne, rzewne? Tęskne plucie i rzewne kopanie.

Powinniśmy szukać różnych sposobów uzewnętrzniania naszej narodowej dumy i odrębności. Parę miesięcy temu, stanie w kolejce do wejścia na wieżę katedry we Florencji umilałem sobie czytając napisy na paździerzowym ogrodzeniu, przy którym kolejka się ustawia. Większość to proste ślady pobytu typu „Marc, Paris VII 2004”, oznaki miłości „Ivana a Marek = Velka Laska 2005”, sporadycznie żartobliwe „Min niet”. Ale wśród tych bazgrołów znalazł się taki napis, który spowodował, że stanąłem na baczność i zacząłem cichutko nucić „Już tam ojciec do swej Basi mówi zapłakany...” Otóż mniej więcej pośrodku tej ogrodzeniowej płyty napisał ktoś „Waldorff 2002”. No dobrze, przyznam się - drugie „f” na końcu ja dopisałem. Ale to dlatego, że nie wierzę, żeby ktoś obok katedry we Florencji pisał o Waldorfie czyli mieście w Minnesocie, albo „Waldorfie – Astorii” - sieci hoteli. Na pewno chodziło o naszego Jerzego Waldorffa, więc tylko skorygowałem błąd. A żeby już nie było żadnych wątpliwości, zaraz obok dopisałem „Kisielewski 2007”. Może właśnie tak? Zamiast głupawych, rzewnych wierszyków typu:

„Za sto lat zniknie Twoje ciało

A to Colloseum ciągle będzie stało.

Ewuni kochający Marek. Rzym maj 2004”

przypominać o Wielkich Polakach? Tylko bez przesady. Nie tak, żeby obok Sfinksa w Gizie musiały się znaleźć napisy „Tu byłam. Halina Czerny – Stefańska”. Z jakimś pomysłem. Na przykład, może paru naszych rodaków mieszkających w Londynie zatroszczyłoby się o to, żeby gdzieś w pobliżu wejścia do sklepu, do którego chadza Doris Lessing, w niezbyt eksponowanym ale widocznym miejscu, pojawiły się delikatne przypomnienia typu: „Sienkiewicz”, „Reymont”, „Miłosz”, „Szymborska”? Niech wiedzą, że Polacy nie gęsi i dumę narodową oraz różne przyrządy do pisania mają.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (22) | dodaj komentarz

niedziela, 19 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  5 881 981  

Polecamy



Tym razem do prześmiesznych rozmów na pełnych prawach włącza się trzecia wybitna postać - Wojciech Karolak. Słynny jazzman, podpytywany przez dociekliwego Andrusa, barwnie opowiada o małżeństwie z Czubaszek, a jest to związek nie zawsze zgodnych indywidualistów!

"Nowy album „Piłem w Spale... I co dalej?" to zapis koncertu, który odbył się rok temu w Warszawie, w Teatrze Syrena. Był to nie tylko wieczór koncertowy, ale również wydarzenie towarzyskie - Andrus zaprosił na scenę przyjaciół: Marię Czubaszek, Hannę Śleszyńską, Andrzeja Poniedzielskiego, Grupę MoCarta, Chór Collegium Musicum Uniwersytetu Warszawskiego i muzyków, z którymi stale współpracuje - Łukasza Borowieckiego, Wojciecha Steca i Pawła Żejmę.


"Książka zawiera osiem zabawnie ilustrowanych bajek o charakterze satyrycznym, przeznaczonych zarówno dla dzieci (5-7-letnich), jak i dla dorosłych. Bajki w satyryczny sposób przedstawiają cechy i przypadłości ludzkie, ujawniające się w wieku dziecięcym, z którymi borykamy się do późnej starości, np. brak tolerancji, brak życzliwości, egocentryzm, chciwość itp. Bajki zawierają przesłanie czytelne dla obu grup odbiorców. Do książki dołączona płyta z bajkami nagranymi częściowo przez autora."


"Blog osławiony między niewiastami" to nie tylko papierowy wybór najlepszych i najśmieszniejszych tekstów z jego bardzo popularnego bloga internetowego, ale także swoiste „Dzieła wybrane”.


"Myśliwiecka" zawiera piosenki Artura Andrusa zaśpiewane przez samego Autora. Są to głównie utwory kabaretowe, pisane do programów telewizyjnych i na potrzeby występów estradowych.


Rozmowa dwóch wybitnych osobowości polskiej sceny kabaretowej – Artur Andrus wnikliwie przepytuje Marię Czubaszek z jej twórczości oraz burzliwego życia towarzyskiego i rodzinnego.

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Bloog pod patronatem Nieformalnego Stowarzyszenia Umiarkowanego Ograniczania Nadmiaru Wolności w Internecie (NSUONWwI)

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Pytamy.pl