Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 243 445 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

KOPA

środa, 29 stycznia 2014 9:19

Z angielskim jakoś mi nie po drodze. Chodzi o to, że nie umiem, nie znam i mam kompleks. Może to traumatyczne wspomnienia z pierwszej lekcji języka angielskiego? Zapisałem się na kurs w domu kultury. Wyszedłem na pierwszą lekcję wcześniej, bo tata kazał mi po drodze kupić puszkę białej farby olejnej. Kupiłem, przyszedłem, usłyszałem tylko:

- Gud afternun

i… TRAACH! CHLUUP! CHLUUP… To moja farba! To znaczy mojego ojca! Wylała się na wykładzinę w sali wykładowej. I kiedy reszta grupy chóralnie powtarzała:

- Maj nejm is…

Ja, czerwony ze wstydu, zbierałem papierowym ręcznikiem białą farbę z podłogi. Na drugie zajęcia nie przyszedłem, bo byłem pewien, że lektor zacznie od nauki zwrotu: „To jest Artur, jemu się wylewa biała farba olejna”. Potem próbowałem jeszcze parę razy, ale mi nie szło. Zacząłem leczyć swoje kompleksy wymyślając żarty typu: „Tak naprawdę po angielsku trzeba opanować tylko dwa słowa: mejbi i bejbi i umieć ich odpowiednio użyć”. Ale wstydzę się. Podejrzewałem, że nie ja jeden. Dlatego postanowiłem zapytać słuchaczy mojej audycji, jak radzą sobie z nieznajomością angielskiego w czasach, kiedy to jest właściwie konieczność? Powołałem KOPA, czyli Komitet Oporu Przeciwko Angielskiemu. Miało się to nazywać Komitet Lekkiego Oporu Przeciwko Angielskiemu, ale skrót mi się nie podobał. Oto opowieści ludzi:

Tomek: „Dwóch znajomych w knajpie w UK. Jeden potrzebował serwetki, zwrócił się do kelnera słowami: serwetejszon plis".

Michał: „W Madrycie, weszliśmy z żoną do restauracji, gdzie przemiły pan kelner zaczął do nas mówić płynną hiszpańszczyzną. My oczywiście ni w ząb w tym języku. Pytamy, czy mówi po angielsku, ale żadnej reakcji, nadal potok słów wydobywa się z jego ust… No to my po polsku do niego. Znów to samo. W końcu po kilku minutach przemowy i oglądania naszych lekko zakłopotanych min, pan powiedział „closed” i wrócił do swoich zajęć”.

Ania: „Mój wujek pracujący w Irlandii, zawsze twierdził, że nie jest mu potrzebny angielski. Zapytany o to, jak miałby powiedzieć swojemu pracodawcy, że chce herbaty do śniadania, podał mi prostą instrukcję:

-Zawsze mam w kieszeni torebkę ekspresówkę, kartkę i ołówek.

Widząc moje zdziwienie, wytłumaczył :

-Pokazujesz ekspresówkę, a na kartce piszesz H2O + 100°C - nawet Irlandczyk zrozumie o co ci chodzi”.

Tomasz: „Miałem kolegę na studiach, którego profesor przed zajęciami spytał:

-How are you?

Kolega źle usłyszał i odpowiedział:

- Thank you, I’m twenty”.

Barbara: „Wakacje we Włoszech. Siedzimy w uroczej włoskiej knajpce. Wśród nas – Włoch, przyjaciel naszej znajomej. Mąż uparł się, że będzie rozmawiał po angielsku. Patrzyliśmy z synem na jego potyczki językowe z przerażeniem, gdyż znajomość języków obcych w jego przypadku jest znikoma. W pewnym momencie, kiedy próbował wyrazić swój sprzeciw wobec jakiegoś problemu, który poruszył Włoch, mój małżonek wykrzyknął: 

- This is …Potwarz i kalumnia!

Co dziwne, wydawało mi się, że Włoch zrozumiał”.

Zdaje się, że skuteczną metodą ucieczki od kłopotów z angielskim jest skierowanie uwagi rozmówcy na inny język. Ten inny możemy znać na podobnym poziomie, musi tylko brzmieć obco i słowa należy wypowiadać z wyrazem pewności na twarzy:

Jarka: „Znajmy mojego taty, w restauracji w Hiszpanii chciał zabłysnąć i zamówić kurczaka na obiad, więc powiedział:

- Ajne kiten kokoten bite.

Innym razem, na wycieczce, poprosił przechodnia o zrobienie zdjęcia, mówiąc:

- Aparaten psztryken bite”.

Bogumił: „Na obozie harcerskim w zaprzyjaźnionym wówczas kraju, koledzy przymusili mnie bym pokonwersował z naszą opiekunką, Rosjanką. Zacząłem tak:

- How do you do?

Na to ona:

- A u nas jeszczio etowo nie byla...”.

Z przeżyć innych ludzi należy wyciągać wnioski dla siebie samego. Ja zacznę stosować metodę z opowieści Tomasza i Bogumiła. Na większość pytań po angielsku będę odpowiadał „U nas jeszczio etowo nie była”. Tylko na „How are you” będę zawsze reagował: „Thank you, im twenty”. Pytający na pewno się zniechęci, bo to przecież za drogo.

 


Podziel się
oceń
999
25

komentarze (196) | dodaj komentarz

Jedzie Jasio od Torunia

poniedziałek, 13 stycznia 2014 12:35

 

Zadzwoniła pani z telewizji i zaprosiła do udziału w programie z okazji Dnia Dziwaka. Zgodziłem się. A po chwili zacząłem się zastanawiać dlaczego ja? Czy fakt, że kolekcjonuję zapałki wypalone w dwóch trzecich, dokładnie co 14 minut robię trzy przysiady, przebiegam drogę czarnym kotom, kanapkę jem zawsze masłem do ziemi i czytam wyłącznie leworęcznych pisarzy jest już wystarczającym powodem, żeby wyzywać mnie od dziwaków? A może nie było w tym zaproszeniu żadnej złośliwości? Tylko po prostu chcieli mnie gościć, bo mnie lubią i szukali jakiegokolwiek pretekstu? Dzień wcześniej był Dzień Filatelisty, dzień później Dzień Elvisa Presleya. Widocznie im się nie kojarzyłem ani z jednym, ani z drugim. A szkoda, bo gdyby zapytali, to bym szczerze powiedział, że tak naprawdę to ja jestem Elvisem Presleyem i zbieram znaczki z Marią Skłodowską – Curie. To znaczy… Nie, że zbieramy razem… Ja sam zbieram znaczki, na których jest Maria Skłodowska – Curie. Najlepiej w laboratorium. To znaczy… Nie, że zbieram znaczki w laboratorium… Tylko takie, na których Maria jest w laboratorium. Lubię kobiety w laboratoriach.

 

Kalendarz z wykazem świąt (tych dziwnych i tych normalnych), rocznic, obchodów, jest skarbem dla każdej redakcji. Nie ma się pomysłu na jutrzejszy program – zagląda się do kalendarium, a tam napisane, że jutro Dzień Osób Nieśmiałych i Ukrytej Miłości (naprawdę jest taki!), i już jest o czym mówić. Sam zresztą wielokrotnie korzystałem z takich kalendarzowych podpowiedzi. Na przykład dowiedziałem się niedawno, że 2014 ogłoszono rokiem Oskara Kolberga, wybitnego etnografa, folklorysty, człowieka, który z pasją dokumentował polską kulturę ludową. Na pewno pojawi się mnóstwo pomysłów na uczczenie dwusetnej rocznicy urodzin wybitnego polskiego naukowca. Akademia, spektakl, książka, pewnie ukaże się znaczek z Kolbergiem… A może nawet z Kolbergiem odwiedzającym w laboratorium… Przepraszam, poniosło mnie… Kazania, przemówienia, odsłonięcia, nadania imion szkołom, ulicom, uroczyste przecięcie wstęgi i podpalenie tęczy. Ja wpadłem na inny pomysł. Namówiłem słuchaczy mojej audycji, żebyśmy wspólnie tworzyli nowe utwory ludowe. Po co? A po to, żeby jakiś współczesny Kolberg miał się czym zachwycić, miał co zbierać.

Poszukując inspiracji zajrzałem do „Pieśni i melodii ludowych w opracowaniu fortepianowym” Oskara Kolberga. Otwierałem na chybił trafił i się zachwycałem. Na przykład czymś takim:

 A na moście trawa roście,

Da, pod mostem ślaz, ślaz,

Mówiła mi grzeczna panna,

Żebym z konia zlaz, zlaz.

A ja tego nie uczynę,

A ja tego nie uczynę,

Bo się boję o dziewczynę,

Jużem tu był raz, raz…

albo jeszcze to:

Jedzie Jasio od Torunia, cztery konie miał, miał,

Miał, miał, miał, miał, miał, miał…

Jakie proste! A ile daje radości! No to ja mam takie propozycje nowych utworów ludowych:

Zima odebrała życie

Kolorowym kwiatkom,

Jedzie, jedzie przedstawiciel

Na furmance z kratkom!

Dobre! Tylko za mało nieprzyzwoite jak na utwór ludowy. To może:

Jakem nocą szedł od Madzi,

Przebiegła mi drogę owca,

Wyglądała jak z Czeladzi,

A była z Sosnowca! Hej!

Też za mało pikanterii jak na folklor. Będę jeszcze próbował. I ciebie ludu też namawiam. Pisz! Śpiewaj! Przekazuj z pokolenia w pokolenie!

A może trochę doerotyzuję opowieść o tym Jaśku, który jechał od Torunia?

A przy drodze stała panna, dwieście złotych miał, miał,

Miał, miał, miał, miał, miał, miał…


Podziel się
oceń
987
52

komentarze (198) | dodaj komentarz

sobota, 27 maja 2017

Licznik odwiedzin:  5 613 290  

Polecamy



Tym razem do prześmiesznych rozmów na pełnych prawach włącza się trzecia wybitna postać - Wojciech Karolak. Słynny jazzman, podpytywany przez dociekliwego Andrusa, barwnie opowiada o małżeństwie z Czubaszek, a jest to związek nie zawsze zgodnych indywidualistów!

"Nowy album „Piłem w Spale... I co dalej?" to zapis koncertu, który odbył się rok temu w Warszawie, w Teatrze Syrena. Był to nie tylko wieczór koncertowy, ale również wydarzenie towarzyskie - Andrus zaprosił na scenę przyjaciół: Marię Czubaszek, Hannę Śleszyńską, Andrzeja Poniedzielskiego, Grupę MoCarta, Chór Collegium Musicum Uniwersytetu Warszawskiego i muzyków, z którymi stale współpracuje - Łukasza Borowieckiego, Wojciecha Steca i Pawła Żejmę.


"Książka zawiera osiem zabawnie ilustrowanych bajek o charakterze satyrycznym, przeznaczonych zarówno dla dzieci (5-7-letnich), jak i dla dorosłych. Bajki w satyryczny sposób przedstawiają cechy i przypadłości ludzkie, ujawniające się w wieku dziecięcym, z którymi borykamy się do późnej starości, np. brak tolerancji, brak życzliwości, egocentryzm, chciwość itp. Bajki zawierają przesłanie czytelne dla obu grup odbiorców. Do książki dołączona płyta z bajkami nagranymi częściowo przez autora."


"Blog osławiony między niewiastami" to nie tylko papierowy wybór najlepszych i najśmieszniejszych tekstów z jego bardzo popularnego bloga internetowego, ale także swoiste „Dzieła wybrane”.


"Myśliwiecka" zawiera piosenki Artura Andrusa zaśpiewane przez samego Autora. Są to głównie utwory kabaretowe, pisane do programów telewizyjnych i na potrzeby występów estradowych.


Rozmowa dwóch wybitnych osobowości polskiej sceny kabaretowej – Artur Andrus wnikliwie przepytuje Marię Czubaszek z jej twórczości oraz burzliwego życia towarzyskiego i rodzinnego.

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Bloog pod patronatem Nieformalnego Stowarzyszenia Umiarkowanego Ograniczania Nadmiaru Wolności w Internecie (NSUONWwI)

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl