Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 537 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Męska teczka i pan Wodecki na pasztecikach

poniedziałek, 26 października 2009 11:13

W radiu, w rozmowie ze Słuchaczami, poruszyłem temat wnętrza męskiej teczki. Zawartość damskiej torebki została omówiona przez publicystów, wyśmiana przez kabareciarzy, przebadana przez naukowców i opisana przez poetów. Andrzej Sikorowski poświęcił jej (damskiej torebce) wzruszającą piosenkę. Z jej (piosenki) końcowego fragmentu: „Jest chusteczka bo czasem się płacze/ List donikąd bo zgubił się znaczek/ I maskotka od kogoś na szczęście/ A mnie tak przeczucie szepce/ Że czasami w tej torebce/ Gdzieś tam na dnie jest schowane moje zdjęcie", dowiadujemy się, że w każdej damskiej torebce powinno być zdjęcie Andrzeja Sikorowskiego. Męską teczką, torbą, męskim plecakiem, nikt się jeszcze chyba poważnie nie zajął. Co prawda jedna ze Słuchaczek napisała, że nie ma po co, bo męska teczka ma zawartość wyłącznie „oficjalno - zawodową" i w związku z tym pozbawiona jest elementu szaleństwa, nie ma duszy, ale zaryzykowałem i temat podjąłem. Chyba rzeczywiście bez większego sukcesu. Za puentę tych rozważań można uznać stwierdzenie jakiegoś pana: „W teczce noszę tylko jedno - bajzel". Próba napisania, na podstawie listów Słuchaczy, poematu o męskiej teczce też chyba skończyła się marnie. Wyszło coś takiego:

W prawdziwej męskiej teczce

Musi być coś w buteleczce,

Laptop, telefon do Izy,

(Butelka jest bez akcyzy),

Jakieś gumowe zwierzęta,

Śrubokręt (poprawnie „wkrętak"),

Scyzoryk, długopis, zegarek,

Klucze i sześć ładowarek,

Kawałek rogu kozicy,

Coś do czyszczenia matrycy.

W prawdziwej teczce mężczyzny

Są dwa komplety bielizny,

Portfel, słuchawki  i wtem...

Przeciwzmarszczkowy krem!


Poemat jest niedokończony, ale już na tym etapie widać, że o damskiej torebce pisze się ładniej. W tej męskiej wersji powinienem umieścić jeszcze jeden element, który pojawiał się w co drugim liście. Kanapka, a częściej nawet kilka. Na pewno częściej niż długopis. Ktoś się nawet przyznał, że drugie śniadanie nosił razem z laptopem w specjalnej przegródce i że takie ściskanie kanapki laptopem powoduje jej spłaszczanie, a to z kolei ułatwia potem jedzenie. To jest pomysł. W fast foodach powinno się wprowadzić zestaw, na przykład pod nazwą EEM („Easy Eating Menu"): zimne frytki, ciepła cola i hamburger ściśnięty laptopem.


A propos jedzenia. W telewizji pokazali reporterską relację z obchodów jubileuszu baru „Pasztecik" w Szczecinie. Lokal powstał czterdzieści lat temu, domyślam się, że paszteciki podawane uczestnikom uroczystości powstały trochę później. Ale pewności nie mam, takiej informacji nie było. Była natomiast rozmowa z paniami pracującymi w barze - jedna z nich pytana o klientów, powiedziała, że przychodzą „...różni ludzie: i lekarze, i aktorzy nawet, i pan Wodecki był u nas na pasztecikach". Hurra! Mam! Od dawna szukałem nowego zwrotu, którego mógłbym używać w sytuacji, kiedy ktoś mi opowiada jakieś niestworzone historie, coś zmyśla, fantazjuje. Dotychczas posługiwałem się sponiewieranym w reklamie świstakiem, który zawija sreberka. Od dziś będę mówił: „Tak, tak, oczywiście... I pan Wodecki był u was na pasztecikach".      

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (28) | dodaj komentarz

Tylko spokojnie

poniedziałek, 19 października 2009 10:47

Co robić w przypadku nagłego ataku złości? Sprawdzoną metodę wychodzenia z takiego stanu, podsunęła mi koleżanka pracująca z dziećmi w pewnej placówce oświatowej. Do opisu tego zdarzenia powinienem użyć przypadkowych imion i zaznaczyć, że zostały zmienione, a podobieństwo osób do postaci prawdziwych jest niezamierzone. Jasio i Kazio sponiewierani - w literaturze kabaretowej pojawiają się od kilkudziesięciu lat. No to przyjmijmy, że to byli: Lech i Donald. No i proszę - mimo, że to naprawdę przypadkowe imiona, użyć ich nie mogę, bo ktoś zaraz uzna, że to aluzja i całą historyjkę wymyśliłem tylko po to, żeby coś skomentować, ale nie mówić wprost. A to prawdziwa historia. I bez żadnego podtekstu. Dobrze, niech będą: Krystian i Patryk. Obaj są uczniami trzeciej klasy szkoły podstawowej. Po kolejnej bijatyce sprowokowanej przez Patryka, pani sadza chłopców naprzeciw siebie przy stole, próbuje ich jakoś pogodzić. Krystian siedzi spokojnie, Patryk co jakiś czas rzuca się w kierunku Krystiana z chęcią dokończenia bójki. Pani wpada na pomysł rozładowania nerwowej atmosfery:

- Chłopcy, na zmianę będziecie teraz liczyć baranki. Do pięćdziesięciu. Mówiąc o kolejnym baranku, każdy z was wymyśla krótką historyjkę z barankiem związaną.

Chłopcy zaczynają liczyć:

Krystian: - Pierwszy baranek miał cieplutkie futerko.

Patryk: - Drugi baranek był głupi.

Krystian: - Trzeci baranek biegał po łące za motylkiem.

Patryk: - Czwarty baranek nie biegał, bo mu wilk złamał nogę i sprał go po pysku.

Krystian: - Piąty baranek śpiewał sobie piosenki.

Patryk: - Szósty baranek ryczał jakby go zarzynali.

I tak dalej. Jeden łagodnie, drugi agresywnie. Ale przy trzydziestym baranku...

Krystian: - Dwudziesty dziewiąty baranek miał niebieską wstążeczkę.

Patryk: - Trzydziesty baranek miał na wstążce mały dzwoneczek.

Sukces! Agresja ustąpiła miejsca zabawie. Kiedy chłopcy doliczyli do pięćdziesiątego baranka, poprosili:

- Proszę pani, jeszcze chociaż po dziesięć baranków...


                A teraz z innej beczki. Uwielbiam ludzi patrzących na świat z optymizmem. Ale jeszcze bardziej lubię tych, którzy zachowują umiar. Powinno się, w chwili napadu optymizmu, uświadamiać „napadniętemu", jak mała jest różnica między optymizmem a pesymizmem. Ja, kiedy zaczyna mnie niebezpiecznie znosić w stronę przesadnego zachwytu, kiedy już się zbieram, żeby całemu światu obwieścić, że jest super, a będzie cudowniej, kiedy zrzucam buty, żeby jak młoda  polonistka z wiersza Waligórskiego wybiec „o porannym czasie, boso na łąkę między brzozy", przypominam sobie słowa Kisielewskiego i Poniedzielskiego. Ten pierwszy w „Dziennikach" cytuje dialog między optymistą a pesymistą (Pesymista: - Już gorzej być nie może. Optymista: - Może, może!), ten drugi mawia, że „Optymista twierdzi, że życie stoi do niego otworem, pesymista wie dokładnie, który to otwór". I przypomniało mi się to w trakcie meczu naszej reprezentacji futbolowej ze Słowacją, w którym jedynego gola, ale za to do swojej bramki, strzelił polski piłkarz. Wiem, mogło się zdarzyć, było ślisko. Właściwie wolałbym, żebyśmy wygrali, ale w związku z tym, że żaden ze mnie kibic, jakoś się szybko z tym wynikiem pogodziłem i postanowiłem, że będę żył dalej. Ale kiedy na drugi dzień czytałem cytaty z wypowiedzi trenera: „Zespół zagrał ze Słowacją dobre spotkanie. Strzelił bramkę i przegrał mecz. To trudne do zrozumienia", „Ten mecz był lepszy od poprzedniego, a to napawa optymizmem", to pomyślałem, że w niejednym polskim domu musiało się ponieść:

- Sto siedemdziesiąty trzeci baranek skubał zieloną trawkę...



Podziel się
oceń
1
0

komentarze (30) | dodaj komentarz

Brzoskwiniowy świerzop, gryka jak śnieg alabastrowa

poniedziałek, 12 października 2009 6:38

Sprawa wydawałoby się błaha, a wywołuje emocje. Chodzi o kolory. Patrzę przez okno na coś, co ktoś nazwał „złotą polską jesienią". Czyli „złote" to jest to szare, brudne, mokre i zgniłe? Kobiety twierdzą, że mężczyźni są w stanie nazwać tylko kilka kolorów, a i z poprawnym przyporządkowaniem tych kilku mają problemy.

- Kochanie, gdzie jest moja popielata marynarka?

- Ta zielona? W pomarańczowej szafie.

- Czyli w czerwonej?


Takie dialogi są na porządku dziennym w każdym polskim domu (pewnie w niepolskich też). Zainspirowany przez kolegę, który opowiadał o swoich kłopotach z nazwaniem koloru ściany w wyremontowanym mieszkaniu swojej koleżanki, postanowiłem przedyskutować sprawę nazewnictwa kolorów ze Słuchaczami mojej audycji. Zajrzałem na stronę internetową producenta farb. To jest dopiero fantazja! Nie dość, że wszystkie zostały podzielone na: „popularne", „żywe", „świeże", „ciepłe" i „stonowane", to jeszcze jakie nazwy! Gdyby ich propozycje wprowadzić do codziennego użycia, przedstawiony powyżej dialog mógłby wyglądać tak:

- Kochanie, gdzie jest moja marynarka w kolorze popularnym „księżycowy pył"?

- Ta w kolorze „kanadyjska jodła" ? W szafie koloru „pamiątka z Nepalu".

- Czyli tej w kolorze „żywy karmazynowy przypływ", przepraszam - „świeży Party Surprise 1"?


            Zapytałem Słuchaczy o ich doświadczenia z określaniem barw, kolorów, o prywatne nazwy. Okazuje się, że jest to kwestia, której poświęcamy niemało uwagi. Istnieją w Internecie słowniki, specjalne programy pomagające mężczyźnie zrozumieć o jakim kolorze mówi jego kobieta (można sobie wpisać na przykład „róż indyjski" a program pokaże na ekranie jak to wygląda). Oto fragmenty listów, które opisują codzienną ludzką udrękę z nazewnictwem barw, kolorów, odcieni:

Magda:

A mnie kiedyś Pani w sklepie próbowała sprzedać bluzkę w kolorze „zbity seledynek".

Sylwia:
Moj mąż jeździ samochodem koloru śliny :)) - srebrny metalik złamany seledynem.

Halina:

Kiedyś grając w „ państwa- miasta", w rubryce „kolory" wpisałam „ultramaryna", na co oburzony kolega stwierdził:

-Aha, jasne! Może jeszcze ultrazocha!

Jarosław:

Malarze w spółdzielni mieszkaniowej zapytani na jaki kolor będzie malowana klatka schodowa, odpowiedzieli:
- Rezydentny.
Widząc moje zdziwienie skonkretyzowali:
- No taki, jaki akurat jest w magazynie.

Martyna:


A propos kolorów, to, jak bardzo są one problematyczne, może obrazować następujące stwierdzenie mojej koleżanki (skądinąd dobrej graficzki komputerowej):
- Na dzisiejszą imprezę włożę chyba brązową małą czarną i kolorowe białe rajstopy...

Edgar:

Pół roku temu, gdy z żoną wybieraliśmy farby do pomalowania pokoju, stojąc przed półkami uginającymi się pod puszkami z magicznymi kolorami o nazwach zwiewnych niczym letni poranek, stwierdziłem, że kolory powinny mieć również nazwy przemawiające do męskiej wyobraźni, na przykład: „jędrne piersi", „zgrabna Mulatka", „drobna Chinka".

Anna:

W mojej prywatnej kolekcji kolorów znajdują sie miedzy innymi: "gaśnicen rot" (mieszkam u Niemca) oraz „żuczkowy„. Proszę nie pytać co to. Jako trzylatka miałam sandałki w tym kolorze. To chyba jakiś rodzaj turkusu.

Marta:
Moja, czteroletnia wówczas, córka Martyna nie mogła znaleźć tenisówek . Gdy chciałam dowiedzieć się, o które tenisówki chodzi i zapytałam:
-Te seledynowe?

 Martyna odrzekła z irytacją w głosie:
- Nie, te seledystare.
Tenisówki faktycznie były już zniszczone. Od tej pory funkcjonuje w naszej rodzinie kolor zieleni o odcieniu spranych tenisówek.

Katarzyna:

W mojej rodzinie mamy własny kolor - „Kosmacza", czyli naszej wypłowiałej wyżlicy Loli. Coś pomiędzy słabą kawą z mlekiem a nieobranym korzeniem imbiru. Okazuje się, że niedawno właśnie kolorem „Kosmacza" pomalowaliśmy ściany sypialni.

Janek:

Mój znajomy używa tylko dwóch nazw kolorów: „ teges" i „ nieteges". I o dziwo, udaje mu się dogadywać.

XXX:

Kolega oświecił mnie pewnego razu, że istnieje więcej niż jeden kolor rozpoczynający się na literę "F". W miejscowości, w której mieszka, oprócz oczywistego fioletowego istnieją jeszcze dwa - fest biały i fest czarny.

Andrzej:

Kolega wymyślił kolor "agarzynowy". Szukaliśmy go w różnych sklepach, np. z farbami. Oczywiście nie znaleźliśmy, bo taki kolor nie istnieje, ale jedna ekspedientka w sklepie z materiałami budowlanymi powiedziała, że jeszcze sprawdzi na magazynie.


Rodacy! Nie dajmy się zwariować! To, że ktoś sobie wymyślił, że coś jest karmazynowe, wcale nie oznacza, że to samo nie może być dla nas lawendowym. To tylko kwestia umowy, której nikt nie ma prawa nam narzucać! Myślę, że puentą tej dyskusji i przykładem prawidłowej reakcji na przemoc nazewniczą w przypadku kolorów, jest sytuacja, którą opisał pan Jurek. Można ją również uznać za potwierdzenie słynnej tezy, sformułowanej przez jednego z polskich premierów, podczas jego expose:  „Żadne krzyki nas nie przekonają, że białe jest białe, a czarne jest czarne".

Jurek:

Dziadek mojego kolegi, kiedy jechaliśmy samochodem, podczas oczekiwania na zmianę światła na skrzyżowaniu, powiedział: "Niebieskie, jedziemy!"

 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (53) | dodaj komentarz

sobota, 19 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  5 721 623  

Polecamy



Tym razem do prześmiesznych rozmów na pełnych prawach włącza się trzecia wybitna postać - Wojciech Karolak. Słynny jazzman, podpytywany przez dociekliwego Andrusa, barwnie opowiada o małżeństwie z Czubaszek, a jest to związek nie zawsze zgodnych indywidualistów!

"Nowy album „Piłem w Spale... I co dalej?" to zapis koncertu, który odbył się rok temu w Warszawie, w Teatrze Syrena. Był to nie tylko wieczór koncertowy, ale również wydarzenie towarzyskie - Andrus zaprosił na scenę przyjaciół: Marię Czubaszek, Hannę Śleszyńską, Andrzeja Poniedzielskiego, Grupę MoCarta, Chór Collegium Musicum Uniwersytetu Warszawskiego i muzyków, z którymi stale współpracuje - Łukasza Borowieckiego, Wojciecha Steca i Pawła Żejmę.


"Książka zawiera osiem zabawnie ilustrowanych bajek o charakterze satyrycznym, przeznaczonych zarówno dla dzieci (5-7-letnich), jak i dla dorosłych. Bajki w satyryczny sposób przedstawiają cechy i przypadłości ludzkie, ujawniające się w wieku dziecięcym, z którymi borykamy się do późnej starości, np. brak tolerancji, brak życzliwości, egocentryzm, chciwość itp. Bajki zawierają przesłanie czytelne dla obu grup odbiorców. Do książki dołączona płyta z bajkami nagranymi częściowo przez autora."


"Blog osławiony między niewiastami" to nie tylko papierowy wybór najlepszych i najśmieszniejszych tekstów z jego bardzo popularnego bloga internetowego, ale także swoiste „Dzieła wybrane”.


"Myśliwiecka" zawiera piosenki Artura Andrusa zaśpiewane przez samego Autora. Są to głównie utwory kabaretowe, pisane do programów telewizyjnych i na potrzeby występów estradowych.


Rozmowa dwóch wybitnych osobowości polskiej sceny kabaretowej – Artur Andrus wnikliwie przepytuje Marię Czubaszek z jej twórczości oraz burzliwego życia towarzyskiego i rodzinnego.

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Bloog pod patronatem Nieformalnego Stowarzyszenia Umiarkowanego Ograniczania Nadmiaru Wolności w Internecie (NSUONWwI)

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl