Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 200 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Rewolwer i bilecik – odc.2

poniedziałek, 28 października 2013 9:11

W związku z licznymi prośbami czytelników, wznawiam powieść kryminalną, której pierwszy odcinek opublikowałem na blogu kilka tygodni temu. Streszczenie odcinka pierwszego: hrabina Teresa Załóż – Taczapka podsuwa swojemu ukochanemu, posterunkowemu Marianowi Sosenko, kanapkę i myśl, że znaną cyrkową akrobatkę mógł zabić znany morderca cyrkowych akrobatek, Hieronim Białowąs.

Rozdział II

Krew dzika

- Ona jest niesamowita! – pomyślał posterunkowy Sosenko bezpośrednio po zjedzeniu kanapki przyniesionej przez hrabinę Teresę Załóż – Taczapka. – Potrafi równocześnie mówić i klaskać w dłonie.  Ruszamy!

Starali się nie wzbudzać zainteresowania, ale szelest zamszowej sukni hrabiny i skrzypienie obu łokci posterunkowego obwieściły całej okolicy, że oto dzielny policjant i jego ukochana są już o krok od zatrzymania mordercy akrobatek.

Las, i tak już ściśle otaczający leśną kryjówkę Hieronima Białowąsa, został dodatkowo otoczony ścisłym kordonem posterunkowego i hrabiny. Kroczyli po śladach, które bandyta zostawił na pierwszym wrześniowym śniegu.

- Myślałeś, że nas przechytrzysz – roześmiał się w duchu Marian Sosenko. Jego roześmianie w duchu było widoczne i słyszalne również na zewnątrz, gdyż się szczerzył i chichotał. – Wydawało ci się, że jeśli zostawisz na śniegu ślady sarny i krew dzika, nie domyślę się, że to ty?!

Białowąs znany był z zamiłowania do wprowadzania policji w błąd. Podczas rocznego stażu na wydziale filozofii Uniwersytetu Komeńskiego w Bratysławie, nawiązał kontakt z tamtejszym półświatkiem i kupił od czechosłowackich bandytów specjalne buty, które odciskały w śniegu ślady łudząco podobne do tych, jakie zostawiają kończyny saren. Jedyną różnicą był napis „Bata”, który po tych butach zostawał, a po sarnie nie. Krew dzika natomiast nie była efektem myśliwskich zamiłowań Białowąsa. To był bandyta z zasadami – do akrobatek mógł strzelać, ale zwierzęcia by nie skrzywdził. Po prostu dziki przychodziły do jego kryjówki i krew oddawały honorowo.

Napięcie rosło. Hrabina nie po raz pierwszy była w sytuacji zagrożenia życia. Kiedy wiele lat temu pojechała do Monte Carlo w drugą podróż poślubną ze swoim pierwszym mężem, hrabią Januarym Doniczego – Niedoszło, na dworcu napadło na nich kilkudziesięciu przeciwników podróży poślubnych polskiej arystokracji. Najpierw, dla niepoznaki wykrzykiwali: „Chodźcie z nami! Chodźcie z nami!”, a potem hrabiostwo zaczęli okładać kijami owiniętymi pokrzywą. A słynna montecarlańska pokrzywa piecze najbardziej na świecie.

Zatem sytuacja niejasności dalszych losów nie była dla hrabiny Teresy niczym nadzwyczajnym. Pomyślała jednak, że na wszelki wypadek, gdyby z tej akcji nie udało się wrócić, powinna Marianowi to wyznać…

- Sosenko, ja was kocham! – wyszeptała drżącym głosem. Posterunkowy nie zwlekał z odpowiedzią.

- A ja, hrabino was!

- Nicht… - rozległo się w pobliskich zaroślach, co było sygnałem, że parę kochanków podgląda z ukrycia przodownik Hannerole Schmidtke, który zawsze, kiedy usłyszał „was” odpowiadał „nicht”.

Wszelkie rozważania na temat miłości, czy też ewentualnych knowań przodownika Schmidtke przerwało nagłe skrzypnięcie drzwi kryjówki. Pojawił się w nich, rozebrany do połowy Hieronim Białowąs. Wrześniowy księżyc srebrem muskał jego muskuł.

- Jest piękny – wyrwało się hrabinie Załóż – Taczapka, ale ten zachwyt od razu tak zaczęła w sobie dusić, że aż zabrakło jej tchu a na szyję wystąpiły sine ślady. Korzystając z resztek przytomności, spojrzała na drugą, gorzej oświetloną rękę Białowąsa. Trzymał w niej ampułkę wypełnioną czerwonym płynem, a z wnętrza kryjówki dało się wysłyszeć dźwięki charakterystyczne dla dzika jedzącego czekoladę… c.d.n.


Podziel się
oceń
266
70

komentarze (105) | dodaj komentarz

"Melancholii mglisty woal..."

wtorek, 15 października 2013 14:30

Możemy sobie tego nawet nie uświadamiać, ale istnieje coś, co można nazwać  „Pokoleniowym Kanonem Piosenki Jesiennej”. To mogą być: „Jesień idzie”, „Pamiętasz była jesień”, „Żółty jesienny liść…”, który „…tyle mi opowiedział, dałaś mi go bez słów, jednak on dobrze wiedział…”. Dla mojego pokolenia, jednym z najwybitniejszych osiągnięć poezji tej pory roku, jest „Jesień” grupy „Mumio”.  Mnie wzrusza zwłaszcza ten fragment:


Jesień… Jesień… Jesień…
Złote liście spadają z drzew,
Jesień… Jesień… Jesień…
Dzieci liście zbierają na w-f…


Wzrusza mnie, bo sobie wyobrażam, że potem te dzieci, przez kilka miesięcy, aż do rzeczywistego nadejścia zimy, uprawiają jesienne dyscypliny sportu: skok przez liścia, liściobój, rzut liściem, liściastykę artystyczną, wyciskanie liścia leżąc i piłkę nożną. Piłkę nożną u nas się uprawia bez względu na liścia. Może zresztą dlatego nam nie idzie? Może, gdyby każdy piłkarz przeszedł się po jesiennym parku, podniósł liścia i umieścił go na koszulce obok orzełka?


Ale znowu liść? Może by poszukać jakichś nowych symboli nadejścia jesieni?
Drzewa się stubarwnie mienią
Chociaż chłodno, ale ładnie,
Może z liśćmi mi jesienią
Cholesterol spadnie?


 Z mojego przeglądu utworów jesiennych wynika, że koniecznie trzeba będzie wkrótce przeprowadzić akcję „rekultywacji piosenek”. Użalanie się, że:


…Minął sierpień, minął wrzesień –
znów październik i ta jesień
rozpostarła melancholii mglisty woal…
Addio, pomidory!
Addio, utracone!
Przez długie złe miesiące
Wasz zapach będę czuł…


miało sens, kiedy pomidory znikały jesienią z naszych warzywniaków i bazarów. Teraz należałoby wyjaśnić, że tęsknota dotyczy pomidorów nieszklarniowych, niesprowadzanych całorocznie z jakiegoś egzotycznego kraju i niemodyfikowanych genetycznie.


Październik dopiero w połowie, a ludzie już zaczynają mieć listopadowe poczucie humoru. Przeczytałem w gazecie relację z urodzin Lecha Wałęsy. Oto fragment (relacji, nie urodzin):


„… Wałęsa prosił, żeby nie przynosić prezentów, a żona jubilata odżegnywała się od kwiatów, twierdząc, że potem mieszkanie wygląda jak dom pogrzebowy…”.


Od kwiatów nie ma się co odżegnywać! Wystarczy poprosić, żeby nie przynosili chryzantem. Tylko na przykład „Jesienne róże, róże smutne herbaciane, jesienne róże, są jak usta twe kochane…”.


Muszę się zastanowić, czy znam kogoś o herbacianych ustach? Czas popaść w „Jesienną zadumę”. Wystarczy spojrzeć na wyciąg z banku, a tam… „Nic nie mam, zdmuchnęła mnie ta jesień całkiem…”  


Podziel się
oceń
315
114

komentarze (93) | dodaj komentarz

Konkret i precyzja

piątek, 04 października 2013 8:56

 

Dostałem w prezencie długopis. Kosmiczny. Dosłownie, bo robiony we współpracy z NASA, czy na jej licencji. W każdym razie długopis otarł się o kosmos. Na opakowaniu napisano, że jest niezwykły, bo można nim pisać w temperaturze od – 34 do + 121 stopni Celsjusza. Wszystkim czujnym, którzy chcieliby mi zwrócić uwagę, że albo się nie znam, albo niedowidzę, bo w Ameryce podaje się temperaturę w stopniach Farenheita, od razu odpowiadam: owszem, niedowidzę i często się nie znam, ale nie tym razem. Na pudełku były podane temperatury w obu skalach. To co podałem, było na pewno w Celsjuszach.

 

Strasznie mnie korci, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście ten długopis jest aż tak wytrzymały. Tylko jak mam to zrobić? Te minusowe temperatury mogą nam się koło stycznia trafić, ale co z plusowymi? Przejrzałem w internecie możliwości wyjazdu na wycieczki do jakichś bardzo ciepłych krajów. Ale co mi to da? Do ilu się nagrzeje? Do plus pięćdziesięciu? No chyba, że w takim ciepłym kraju, w największy upał wejdę w kożuchu do solarium. I tam spróbuję, czy kosmiczny długopis naprawdę pisze.

 

Tego typu informacje, podawane w celach podniesienia sprzedaży, powinny być uwiarygodniane testami. Na przykład dołączone na płycie dvd nagranie prezesa firmy produkującej te długopisy, który siedzi w swoim gabinecie w temperaturze + 121… no dobrze, miejmy odrobinę litości, + 115 stopni Celsjusza i ręcznie przepisuje „Trylogię”. W połowie „Pana Wołodyjowskiego” traci przytomność i ścinają mu się białka, pojawia się sekretarka, która cuci szefa i dorzuca węgla do klimatyzacji… Prezes pisze dalej. Wszystko odbywa się pod nadzorem  Komisji Kontroli Gier i Zakładów „LOTTO” potakującej głowami w kombinezonach ognioodpornych. Wtedy wiedziałbym, że jest uczciwie, że nikt nie próbuje mi wmówić cudownych właściwości długopisu tylko po to, żebym go kupił. Parę lat temu widziałem w telewizji reklamę, w której właściciel firmy produkującej szyby kuloodporne staje za jedną z nich, a jakiś opryszek strzela. I właścicielowi nic się nie dzieje. Co prawa uroda właściciela mogła sugerować, że już wcześniej były wykonywane podobne testy i kilka razy się nie udało, ale dzięki temu nagraniu bardziej wierzę w kuloodporność szyby.

 

 A co do długopisu na licencji NASA, przypomina mi się stary dowcip o tym, jak ta amerykańska agencja wydała 20 milionów dolarów na takie przekonstruowanie wiecznych piór, żeby w stanie nieważkości nie wylewał się z nich atrament, żeby można było nimi pisać w kosmosie. Powołano kilkudziesięcioosobowy zespół, który pracował nad problemem 12 lat. A radzieccy kosmonauci postanowili pisać ołówkami.

 

Elementem mającym podkreślić powagę informacji zamieszczonej na opakowaniu długopisu z NASA jest również sięgnięcie po szczegół. Gdyby napisano, że długopisu można używać w temperaturach od -30 do +120 stopni, już by to tak wiarygodnie nie brzmiało. Te 4 stopnie na minusie i 1 na plusie powodują, że ktoś czytający taką informację może przypuszczać, że jest ona wynikiem precyzyjnych badań.

 

Precyzja i konkret! To dwa filary cywilizacyjnego rozwoju świata. Dlatego uważam, że uczciwie postępuje mój sąsiad, który nad wejściem do firmy wywiesił szyld z nazwą firmy: „Kowalski i synowie, a zwłaszcza jeden, ten środkowy”. I precyzyjnie nazywa rodzaj swojej działalności. Od piętnastu lat pracuje dla tego samego mafioza, wyspecjalizował się w drastycznych wymuszeniach haraczu, więc jego przedsiębiorstwo jest zarejestrowane w urzędzie gminy jako „Usługi wykończeniowe”. Robi to tak dobrze, że ma już swoich stałych klientów, którzy sami dzwonią i przypominają:

- Dzisiaj już piętnasty kolejnego miesiąca, a ja nie zapłaciłem haraczu jeszcze za luty, może wpadnie pan w sobotę wymusić? Żona coś upiecze, zrobimy grilla.

Jestem jeszcze w fazie testów, ale zrobię wszystko, żeby ten tekst można było czytać w temperaturze od - 37 do +128 stopni Celsjusza.


Podziel się
oceń
265
89

komentarze (58) | dodaj komentarz

niedziela, 19 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  5 881 997  

Polecamy



Tym razem do prześmiesznych rozmów na pełnych prawach włącza się trzecia wybitna postać - Wojciech Karolak. Słynny jazzman, podpytywany przez dociekliwego Andrusa, barwnie opowiada o małżeństwie z Czubaszek, a jest to związek nie zawsze zgodnych indywidualistów!

"Nowy album „Piłem w Spale... I co dalej?" to zapis koncertu, który odbył się rok temu w Warszawie, w Teatrze Syrena. Był to nie tylko wieczór koncertowy, ale również wydarzenie towarzyskie - Andrus zaprosił na scenę przyjaciół: Marię Czubaszek, Hannę Śleszyńską, Andrzeja Poniedzielskiego, Grupę MoCarta, Chór Collegium Musicum Uniwersytetu Warszawskiego i muzyków, z którymi stale współpracuje - Łukasza Borowieckiego, Wojciecha Steca i Pawła Żejmę.


"Książka zawiera osiem zabawnie ilustrowanych bajek o charakterze satyrycznym, przeznaczonych zarówno dla dzieci (5-7-letnich), jak i dla dorosłych. Bajki w satyryczny sposób przedstawiają cechy i przypadłości ludzkie, ujawniające się w wieku dziecięcym, z którymi borykamy się do późnej starości, np. brak tolerancji, brak życzliwości, egocentryzm, chciwość itp. Bajki zawierają przesłanie czytelne dla obu grup odbiorców. Do książki dołączona płyta z bajkami nagranymi częściowo przez autora."


"Blog osławiony między niewiastami" to nie tylko papierowy wybór najlepszych i najśmieszniejszych tekstów z jego bardzo popularnego bloga internetowego, ale także swoiste „Dzieła wybrane”.


"Myśliwiecka" zawiera piosenki Artura Andrusa zaśpiewane przez samego Autora. Są to głównie utwory kabaretowe, pisane do programów telewizyjnych i na potrzeby występów estradowych.


Rozmowa dwóch wybitnych osobowości polskiej sceny kabaretowej – Artur Andrus wnikliwie przepytuje Marię Czubaszek z jej twórczości oraz burzliwego życia towarzyskiego i rodzinnego.

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Bloog pod patronatem Nieformalnego Stowarzyszenia Umiarkowanego Ograniczania Nadmiaru Wolności w Internecie (NSUONWwI)

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Film

Pytamy.pl