Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 536 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Obcy za złotówkę

czwartek, 29 listopada 2007 11:23

Logo naszych czasów stał się telefon komórkowy. Używany wszędzie. W domu, w pracy, na plaży, w kościele. W rankingach najpopularniejszych prezentów komunijnych dawno wyprzedził rower i komputer. Kiedyś proces podrywu zaczynał się od banalnego pytania „Przepraszam, która godzina?” albo stwierdzenia „Piękna dzisiaj pogoda”. Dziś zupełnie inaczej. Ileż to wspaniałych, wzniosłych uczuć swój początek miało w krótkim: „Przepraszam, nie ma pan przy sobie ładowarki?”. A potem już wiadomo... Odłączenie z gniazdka przed pełnym naładowaniem grozi uszkodzeniem baterii, więc trzeba było zostać do rana, na rok, na całe życie… Terminologia z tej sfery trafiła do dowcipów opowiadanych na imieninach: „Co to jest: żona i teściowa w samochodzie? Zestaw głośnomówiący ha, ha, ha”.  Krążą anegdoty o telefonie dzwoniącym w kinie, teatrze, filharmonii. Jedną z nich opowiedział mi kolega piosenkarz. Otóż w czasie recitalu, po jednej z piosenek rozległ się dzwonek. Widz siedzący w pierwszym rzędzie bez zażenowania wyjął aparat z kieszeni marynarki i po sali poniósł się dobrze słyszalny szept: „Nie mogę mówić... Na koncercie jestem...E tam, takie sobie, ale Halina chciała przyjść...” Pierwszy, prymitywny jeszcze telefon komórkowy, zobaczyłem w 1985 roku, w moim rodzinnym Sanoku. Że niemożliwe? Że wtedy jeszcze nie było? Otóż mylą się Państwo. Takiego telefonu używała mama mojego szkolnego kolegi Jurka. Jurek wydzwaniał straszne rachunki telefoniczne, więc pani Alicja wychodząc z domu na zakupy wyciągała kabelek z gniazdka i wkładała do torebki aparat telefoniczny „Bratek”. Zatem tak naprawdę telefon komórkowy wynalazła w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, polska kobieta z Podkarpacia. Fakt, że nie mogła nigdzie zadzwonić, nie można było się dodzwonić do niej, ale miała go przy sobie. 

            Niewyobrażalny postęp nastąpił w sektorze dzwonków telefonów komórkowych. Kiedyś była to prymitywna, koślawo odegrana melodyjka, potem melodyjka polifoniczna, później pojawił się sygnał stylizowany na dźwięk starego amerykańskiego telefonu – takiego, jaki dzwonił na biurku słynnego Kojaka, czy w apartamencie Alexis. Wreszcie nastąpił czas ściągania fragmentów piosenek. Za parę złotych plus VAT, kiedy ktoś do nas dzwonił, można było usłyszeć panią Dodę lub zagraniczne zespoły śpiewające „O bejby bejby”. Zdarzają się zjawiska nadprzyrodzone – dostałem na skrzynkę mailową wykaz melodii, które mogę sobie „ściągnąć” jako dzwonki. I na przykład znalazłem:

- „Yellow Submarine - The Beatles, Strangers in the Night – Frank Sinatra - kliknij, jeśli chcesz być powiadamiany o nowych piosenkach tych wykonawców”. Kliknąłem.A potem pojawiła się moda na nagrania ludzkiego głosu.  Siedzę u fryzjera, aż tu nagle w jego kieszeni ktoś mówi: „Wiadomość, panie”. To telefon poinformował go o nadejściu smsa. Albo w kawiarni - przy stoliku siedzi starszy pan. Filiżanka kawy, gazeta, aparat telefoniczny. Zaczyna drgać. Najpierw spokojnie a potem coraz natrętniej woła: „Zbysiu, to ja, twój telefon. Odbierz mnie! Zbyszek, nie wygłupiaj się, odbierz, wiesz jak mnie boli karta SIM? Ludzie, powiedzcie Zbyszkowi, żeby odebrał telefon!”. A właśnie – drgania. Można wyłączyć dźwięk i nastawić tak zwane wibracje. Ciekawe kiedy pojawią się takie modele telefonów, w których siłę drgań będzie się ustawiało w skali Richtera. Coraz gorzej słyszymy, więc nastawiamy coraz głośniejsze dzwonki, a że na pewno będziemy coraz gorzej odczuwać, żeby poczuć drganie trzeba będzie wywołać małe, prywatne trzęsienie ziemi. Po co ja to wszystko mówię? Przecież nie po to, żeby zniechęcić Państwa do używania telefonów komórkowych, bez nich nie da się żyć. Ale proszę spróbować sobie odpowiedzieć na pytanie: kto tu kim rządzi? Czy przypadkiem nie sprawdziły się przepowiednie proroków, autorów powieści science fiction? Czy to aby nie jest ta obca cywilizacja, która przejmuje nad nami kontrolę? Tylko kto by przypuszczał, że będą takie małe, z kolorowymi wyświetlaczami i jeszcze za nasze pieniądze? Że dobrowolnie będziemy za nie płacili abonament i wiązali się z nimi umowami na dwa lata?
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (19) | dodaj komentarz

Profesjonalnie wykonujemy prace amatorskie

czwartek, 22 listopada 2007 11:37

Szyld z takim napisem wisi nad wejściem do pewnego zakładu fotograficznego w Poznaniu. I doszedłem do wniosku, że ja mam tak samo, to znaczy odwrotnie. Amatorsko wykonuję prace profesjonalne. Wczoraj zadzwonił do mnie dziennikarz telewizyjny. Rozmowa wyglądał mniej więcej tak:

- Dzień dobry, panie Arturze, ja przygotowuję taki materiał na jutro do porannego wydania naszego programu i chętnie nagrałbym pana komentarz.

- Ale na jaki temat?

- O teściowych.

- Ja się nie znam za bardzo.

- To my będziemy z kamerą za jakąś godzinkę.

            No i zaczyna się. Wrzucam w wyszukiwarkę na swojej prywatnej stronie www.pofałdowanyzwój.pl hasło „+teściowa +inteligentnie +śmiesznie +albo przynajmniej zabawnie”, lekkim uderzeniem w czoło uruchamiam „enter” i przypominam sobie:

- jeden dowcip (teściowa z zięciem stojąc na balkonie patrzą na spadające gwiazdy, na grad meteorytów lecących z nieba, zięć wypowiedział w myślach jedno życzenie, teściowa już nie zdążyła),

- dwie weselne piosenki:

   „Teściowo, teściowo, ty stary rowerze” (że „rowerze” to rozumiem - taki żart, ale dlaczego

     stary?),

   „Szła teściowa przez las,

    Pogryzły ją żmije,

    Żmije pozdychały

    A teściowa żyje”.

I już tylko wystarczy dodać na początku „dzień dobry”, do tej ostatniej piosenki komentarz, że „wynika z tego, że teściowa jest instytucją nader pożyteczną, bo może w sytuacji zagrożenia życia służyć za naturalnego producenta surowicy”, na koniec „dziękuję” i zrobione. Takie amatorskie wykonywanie prac profesjonalnych ma tylko jedną wadę. Honoraria za pracę są zazwyczaj amatorskie. Kilka tygodni temu zadzwoniła sympatyczna pani, pracująca przy pewnym programie:

- Dzień dobry, panie Arturze, ja przygotowuję taki materiał na jutro do porannego wydania i chętnie zaprosiłabym pana do studia, żeby pan skomentował ten materiał.

- Ale na jaki temat?

- Donosów obywatelskich.

- Ja się nie znam za bardzo.

- Dobrze by było, żeby pan był u nas tak przed dziewiątą.

I tutaj zazwyczaj się kończy rozmowa, i rzeczywiście przed dziewiątą jestem grzecznie w umówionym miejscu. Ale tym razem, przeszkolony przez nieco bardziej obytych w kapitalizmie kolegów, w ostatniej chwili wstrzeliłem się z pytaniem:

- Przepraszam bardzo, a czy Państwo za taką wizytę coś płacicie?

- Zazwyczaj nie.

- To znaczy kiedy tak, a kiedy nie?

- No, jak panu zależy to zapłacimy.

- To mnie by zależało...

             Ja wiem, wychodzę na takiego, co za przyjemność występowania w telewizji bezczelnie chce jeszcze wydrzeć trochę kasy (żeby nie było wątpliwości, nie z „naszych pieniędzy” – to była telewizja komercyjna). Wiem, że ktoś może powiedzieć, że ważniejsza od pieniędzy jest radość życia. I ma rację, tyle, że jak pisał Marian Załucki:

„Więc i ja czasem w myślach

Pogrążam się skrycie –

Odkrywam nie odkryte...

Już wiem, CO TO ŻYCIE!

I nikt definicji mej nie zdoła pobić,

ŻYCIE TO JEST TO,

NA CO TRZEBA ZAROBIĆ!

            Zresztą, żeby nikt nie miał wątpliwości co do tego, że jestem stanowczy i niezłomny  - poszedłem do tego programu następnego dnia rano i jakoś nie miałem już odwagi powiedzieć, że nadal „mi zależy”. I było jak zazwyczaj.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (24) | dodaj komentarz

Janek

czwartek, 15 listopada 2007 10:39

Mam po Nim pamiątkę. To jest kartka, na której u góry napisał: „Dlatego nie ma w nas Arturze, wiary, że naprawimy świat (Kofta do Rimbaud)”. Poniżej jest Jego karykatura (sam mawiał, że ludzie poznają Go po głosie albo po nosie) i dedykacja: „Arturowi – Janek 10.04.2000”

„Z głębokim smutkiem...”, „Z żalem...”, „Odszedł od nas...” Coraz częściej, niestety, zdarzają się sytuacje, w których dociera do mnie po co ludzie wymyślili takie zwroty. To pomaga zacząć, kiedy nie wie się od czego.

Zmarł Janek Kaczmarek. Kiedyś spotykaliśmy się bardzo często. Na estradzie, w radiu, potem w szpitalu. Na każde z tych spotkań, i z każdego z nich, zawsze się cieszyłem. Bo Janek, mimo że fizycznie sponiewierany przez ciężką chorobę, rozdawał dużo optymizmu. Nawet w szpitalu. Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobił po przyjeździe do kliniki na warszawskim Bródnie było wypisanie, narysowanie i wywieszenie gazetki ściennej. Miała tytuł „Życie na Bródno – gazetka ścienna pacjentów sali numer...”, nakład dwóch egzemplarzy, jeden wisiał nad łóżkiem Janka, drugi nad łóżkiem współpacjenta - Zdzisława Leśniaka. Ostatni raz widzieliśmy się kilka lat temu. Najpierw choroba zdjęła Go ze sceny, potem odebrała Mu głos i zabroniła przychodzić do ukochanego radia, na koniec nawet nie mógł pisać. Kilkanaście lat nierównej walki z czymś, na co sobie nie zasłużył. Janek był człowiekiem gołębiego serca. Dowcipny, liryczny, celny w satyrycznych komentarzach, ale nie złośliwy. Mądry. I skromny. Tak wielka skromność przy takim talencie uważana jest dzisiaj za wadę, ale tak naprawdę jest po prostu dowodem wielkości Janka. Nie pouczał. Po prostu bezbłędnie nazywał pewne rzeczy, których my sami nie potrafiliśmy nazwać, zwracał uwagę na coś, na co sami w codziennym pędzie nie zwrócilibyśmy uwagi.

„Tak się goni przez to życie

  Jak kopnięta ćma,

  Nie ma czasu na spożycie

  Tego, co się ma,

  Nie ma chwili, żeby sobie

  Między dniem a snem,

  Usiąść przy swym sutym  żłobie

  I pogadać z psem...

...Jak te głupie kołowrotki,

  Jak te pneumatyczne młotki,

  Przepychanka, ruch, gonitwa,

  Tu półetat, tam pół litra.

  Ciągle się łapkami grzebie,

  I do siebie, i do siebie...

  No a wreszcie gdzie,

  Gdzie to słynne ludzkie:

  Eeeee?”

            Może, żeby trochę usprawiedliwić zaniedbania wobec kogoś bliskiego, wymyślili ludzie, że po rozpoczynającym „Z żalem...” dodaje się, że miało się coś zrobić i się nie zdążyło. Ja od paru miesięcy zabierałem się do pisana listu do Jasia. Ale musiałbym tam napisać, że jestem wściekły na świat. Że on, ten świat, taki piękny, taki mądry, „poniklowany, złoty”, nie potrafi Mu pomóc. Nie wiem czy by Mu to dodało otuchy. Ale mogłem przynajmniej napisać, że Go lubię, że tęsknię za Jego piosenkami. Nie zdążyłem.

            A na zakończenie? Co powiedzieć? Że „Tam Mu na pewno jest lepiej”? Ja nie wiem jak Mu jest Tam. Wiem tylko, że mi tutaj jest od wczoraj znacznie gorzej.

„... mknąc w zaświatów dal

Pomyślimy sobie pewnie,

Że, cholera, żal...”  
Podziel się
oceń
1
0

komentarze (41) | dodaj komentarz

sobota, 19 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  5 721 700  

Polecamy



Tym razem do prześmiesznych rozmów na pełnych prawach włącza się trzecia wybitna postać - Wojciech Karolak. Słynny jazzman, podpytywany przez dociekliwego Andrusa, barwnie opowiada o małżeństwie z Czubaszek, a jest to związek nie zawsze zgodnych indywidualistów!

"Nowy album „Piłem w Spale... I co dalej?" to zapis koncertu, który odbył się rok temu w Warszawie, w Teatrze Syrena. Był to nie tylko wieczór koncertowy, ale również wydarzenie towarzyskie - Andrus zaprosił na scenę przyjaciół: Marię Czubaszek, Hannę Śleszyńską, Andrzeja Poniedzielskiego, Grupę MoCarta, Chór Collegium Musicum Uniwersytetu Warszawskiego i muzyków, z którymi stale współpracuje - Łukasza Borowieckiego, Wojciecha Steca i Pawła Żejmę.


"Książka zawiera osiem zabawnie ilustrowanych bajek o charakterze satyrycznym, przeznaczonych zarówno dla dzieci (5-7-letnich), jak i dla dorosłych. Bajki w satyryczny sposób przedstawiają cechy i przypadłości ludzkie, ujawniające się w wieku dziecięcym, z którymi borykamy się do późnej starości, np. brak tolerancji, brak życzliwości, egocentryzm, chciwość itp. Bajki zawierają przesłanie czytelne dla obu grup odbiorców. Do książki dołączona płyta z bajkami nagranymi częściowo przez autora."


"Blog osławiony między niewiastami" to nie tylko papierowy wybór najlepszych i najśmieszniejszych tekstów z jego bardzo popularnego bloga internetowego, ale także swoiste „Dzieła wybrane”.


"Myśliwiecka" zawiera piosenki Artura Andrusa zaśpiewane przez samego Autora. Są to głównie utwory kabaretowe, pisane do programów telewizyjnych i na potrzeby występów estradowych.


Rozmowa dwóch wybitnych osobowości polskiej sceny kabaretowej – Artur Andrus wnikliwie przepytuje Marię Czubaszek z jej twórczości oraz burzliwego życia towarzyskiego i rodzinnego.

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Bloog pod patronatem Nieformalnego Stowarzyszenia Umiarkowanego Ograniczania Nadmiaru Wolności w Internecie (NSUONWwI)

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl