Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 537 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Telewizja pokazała...

środa, 30 listopada 2011 12:28

… a uczeni podchwycili,

Że jednemu psu gdzieś w Azji

Można przyszyć łeb od świni…


Jacek Kleyff napisał to czterdzieści lat temu. Mam wrażenie, że z roku na rok ta piosenka nabiera coraz większej aktualności.

 

Usia – siusia cepeliada,

W ogródeczku panna Mania…

„Chmurka” się przejęzyczyła;

Jaja nie do wytrzymania…


Tylko cepeliada nieco inna. Współczesną jej formą jest na przykład pokazywanie gwiazd na zakupach. Niedawno dowiedziałem się, że obecność jednego z kompozytorów popularnej muzyki na prezentacji nowej kolekcji pewnej firmy produkującej futra i odzież skórzaną, nie świadczy tylko o tym, że poprzednia kurtka mu się podarła, ale: „… jego skórzany image związany jest ściśle z nową płytą, która będzie bardziej drapieżna…”. Widocznie przegapiłem poprzednie prezentacje, bo zapewne, kiedy komponował muzykę słodką, że aż mdliło, pojawiał się na unijnych prezentacjach polskiego buraka cukrowego.

 

A właśnie! Telewizja regularnie pokazuje, jak nasze ministerstwo rolnictwa promuje różne produkty rozdając je w siedzibie europarlamentu. A to polskie truskawki, a to jabłka, a to marcińskie rogale. Pomysł bardzo mi się podoba. Mam nadzieję, że nie poprzestaniemy na tych kilku akcjach. Prosiłbym tylko o informację, kiedy będzie promowana łącka śliwowica, bo chętnie bym sobie obejrzał obrady europarlamentu w tym dniu. Może mam zbyt bujną wyobraźnię, ale już widzę, jak posiedzenie zaczyna się od wspólnego odśpiewania „Hymnu eurocepeliady”:

 

„Krasulo łaciata,

Dajże ty mi mleka,

Socjaldemokrata

Pije do chadeka”.


I jeszcze jedno telewizja pokazała. Jedna z niewielu, które zachowały piękną tradycję telewizyjnych „koncertów życzeń”. A nawet ją rozbudowała. W tamtych „koncertach życzeń” sprzed lat, tych na których ja się jeszcze wychowywałem, tak naprawdę promowało się głównie artystów. I to zazwyczaj tych samych. Pamiętam, jak mama zaciskała zęby, kiedy co tydzień słyszała dobiegające z odbiornika „Uśmiechnij się mamo, twój uśmiech to wiano, jakiego mi właśnie potrzeba”. Ta telewizja, o której teraz wspominam, promuje również adresatów życzeń. Można bowiem przysłać zdjęcie i potem na ekranie zobaczyć babcię pod choinką, dziadka na trawniku, czy pięcioletnią córeczkę z balonikiem w ręku i watą cukrową w dłoni. A najbardziej wzruszający jest komunikat pojawiający się na zakończenie „koncertu życzeń”. Otóż podany jest adres redakcji w Toruniu, a pod nim formułka: „Do życzeń prosimy dołączyć dowód wpłaty daru serca”. I to racja, bo życzenia życzeniami, serce sercem, ale uczucie należy udowodnić! Jeśli potrzeba ci właśnie symbolicznego wiana matki, to może nie tylko symbolicznie odwdzięcz się za nie! Kartka z numerem konta leży zapewne na lodówce, albo na stoliku w przedpokoju, gdzie mama ma szpargały do załatwienia. I zobaczysz, jak wtedy się uśmiechnie! Że zacytuję dalszy ciąg piosenki wywołującej szczękościsk mojej mamy: „Twój uśmiech niech stanie nad wszelkie kochanie”. Zacytowałem wyłącznie dla wywołania efektu wzruszenia, chociaż za cholerę nie mam pojęcia, co poeta miał na myśli pisząc o „staniu uśmiechu”. Chyba, że to jakiś staropolski zwrot. Poeci wtedy wymyślali różne cuda. Ale jeśli to ze staropolszczyzny, to w drugiej zwrotce powinno być coś w stylu: „Twój uśmiech niech siędzie szczęśliwym łabędziem”, a w trzeciej: „Twój uśmiech niech leży kącikiem do dźwierzy”.


 A! I proszę metody wymyślonej przez „koncert życzeń” z Torunia nie ograniczać wyłącznie do matek. Ja też tak proszę. Pójdę dalej – ja nawet zamiast życzeń chętnie przyjmę dowody wpłaty daru serca.

 


Podziel się
oceń
4
0

komentarze (33) | dodaj komentarz

Wesołek

środa, 23 listopada 2011 15:03

W prawie każdym domu, bez względu na porę roku, każdego ranka, rozgrywany jest zestaw gier i zabaw towarzyskich. Każdą można by jakoś nazwać, wszystkie nazwy kończyłyby się co najmniej jednym wykrzyknikiem: „Magda wyjdź z łazienki!”, „Gdzie są moje spodnie?!” „Bartek, bo się spóźnimy!!!”.

 

Pomyślałem, że w tym roku jesień i zimę uatrakcyjnię moim bliskim, przygotowując nowy zestaw gier i zabaw. Te poranne pewnie się nie zmienią, ale trzeba przygotować coś na chłodne, deszczowe popołudnia i długie wieczory. Dość siedzenia przed komputerem i telewizorem! Trochę fantazji!

 

Mam podbudowę teoretyczną. Byłem kiedyś harcerzem i na zbiórkach często jakieś zabawy się odbywały. Ale mam też zaniki pamięci, więc nie jestem sobie w stanie przypomnieć, na czym one polegały. Na świeżo mam tylko jedną – kiedy kilka lat temu byłem gościem harcerskiego zlotu, w środku rozmowy zaproponowano, żebyśmy zrobili krótką przerwę i zabawili się w „Trzy mustangi”. Zasada jest taka, że biega się w kółko i się śpiewa:

 

Były trzy mustangi,
trzy mustangi były,
z nimi inne konie,
fajnie sie bawiły.
W przód, przód, przód mustanga,
w tył, tył, tył mustanga,
w bok, bok, bok mustanga…

 

I jak pada hasło: „w przód”, to się staje do siebie przodem, jak „w tył” - to tyłem, jak „w bok” - bokiem. Nie bardzo się garnąłem do zabawy, tłumaczyłem, że trochę za poważny już jestem na coś takiego i zapytałem, czy kiedy wczoraj ich gościem był ksiądz prymas, to też się z nimi w coś takiego bawił? Powiedzieli, że tak. I tym wytrącili mi argument z ręki. No bo skoro ksiądz prymas potrafi pokazać bok mustanga, to ja nie mogę?

 

Ale to trochę za mało. Znam swoją rodzinę i wiem, że ponad miesiąc w „Trzy mustangi” nie będą się chcieli bawić. Trzeba coś jeszcze sobie przypomnieć. I nagle – cud! W piwnicy, pośród jakichś bardzo potrzebnych przedmiotów typu: gałka do drążka zmiany biegów, wykonana z przezroczystego tworzywa, z zalaną w środku miniaturką karety, medal z okazji dwudziestolecia istnienia Wytwórni Płyt Paździerzowych i japoński budzik, który kiedy chodził, to był taki śmieszny, bo miał na tarczy namalowanego chłopczyka, którego oczy były sekundnikiem, i co sekundę ruszał tymi oczami to w prawo, to w lewo, a ja siedziałem wpatrzony w to dziwo godzinami i tak spędziłem dużą część mojego dzieciństwa… No więc między tymi cudami znalazła się książka. Tytuł: „Harcerskie gry i zabawy”. Z wypiekami na twarzy zacząłem wertować strony, przeglądając najpierw tylko nazwy zabaw. I dostałem podwójnych wypieków. Oto kilka: „Napełnij szklankę” , „Zwiąż w ciemnościach”, „Nogi na uwięzi”, „Wyścig z rozbieraniem się”, „Zmień parę”, „Piętnastka”, „Problem przed sądem”.  Prawdziwe! Uspokoiłem się, kiedy przeczytałem zasady, ale nazwy brzmiały na tyle niepokojąco, że wszystkie wyżej wymienione na wszelki wypadek odrzuciłem. Już widzę, jak ciocia Halina godzi się, żeby wujek Marek bawił się w „Napełnij szklankę”, „Piętnastkę” czy „Problem przed sądem”. To są zbyt wrażliwi ludzie!

 

Może zatem coś z działu „Olimpiada uśmiechu i humoru”? Przecież zależy mi na dobrym nastroju uczestników domowych zabaw. Ale która: „Pełzające gąsienice” czy „Kulawe lisy”? Żadna!

 

I wreszcie trafiłem! Nazywa się to „Wesołek” i bardzo mi się podobają zasady (cytat dosłowny, pisownia oryginalna) : „…harcerze siadają w kole. Zaczyna drużynowy – mówi: „cha”. Harcerz siedzący po jego lewej stronie mówi: „cha, cha”. Następny harcerz powtarza tę sylabę trzykrotnie, następny czterokrotnie, i tak dalej. Należy mówić bardzo poważnie, samemu nie śmiać się, można jednak nadawać sylabom zabawne brzmienie (rozśmieszyć innych). Zamiast „cha” można mówić „ho, ho”, albo „chi”. Zwyciężają harcerze, którzy nie roześmieli się ani razu…”. Porywające, prawda? Najbardziej przekonuje mnie do zabawy w „Wesołka”, że można wprowadzić „…zasadę eliminowania z gry tych, którzy roześmieli się”. Trochę tylko złagodzę. U nas w domu „eliminacja” nie będzie traktowana dosłownie, będzie polegała na natychmiastowym skierowaniu do mycia naczyń albo sprzątania pokoju.

 

Ciekaw jestem czy ktoś z czytających ten tekst wyeliminował się w trakcie czytania? Jeśli nie, spróbuję podkręcić na koniec: Cha! Cha! Chi! Przód mustanga! Ho! Ho! Chi!

 


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (34) | dodaj komentarz

Czarna Helena po roku

wtorek, 15 listopada 2011 15:02

Ludzie uwielbiają jubileusze. Moi znajomi we wrześniu obchodzili dziesiątą rocznicę pierwszego przyprowadzenia dziecka z drugiego przedszkola. W pierwszym Maciuś nie był długo, bo wyrzucono go za hakerstwo. Włamał się do komputera szefowej kuchni i wprowadził drobne zmiany w jadłospisie, dzięki którym jego grupa, „Maślaki”, przez dwa tygodnie jadła wyłącznie racuchy z czekoladą, a „Mrówki”, „Marchewki” i „Melatoninki” (grupa starszaków o wydłużonym czasie leżakowania) musiały się zadowolić bułką i zupą mleczną bez cukru.


Jeśli przyjmiemy, że człowiekiem sum, a ludzie uwielbiają jubileusze, to jeśli nic, co humanum nie jest mi obce, ergo powinienem też uwielbiać jubileusze, cogito.


Rok temu, 12.11.2010, nieoczekiwanie znalazłem się na pierwszym miejscu Listy Przebojów Programu Trzeciego. Stylizowana na warszawski folklor „Ballada o Baronie, Niedźwiedziu i Czarnej Helenie”, która była prezentem dla moich kolegów na jubileusz Listy, spowodowała niemałe zamieszanie. „Notowanie 1502.” mam wydrukowane i oprawione w złotą ramkę. Carlos Santana na 5., Sting na 9., Phil Collins na 20. Ja na 1. Nie podejrzewam, żeby szybko coś takiego się powtórzyło, więc postanowiłem obejść sobie pierwszą rocznicę pierwszego miejsca. A obchodzę tak, że napisałem ciąg dalszy tej opowieści. Nazywa się to „Czarna Helena po roku”, pewnie czytelniejsze będzie dla słuchaczy radiowej „Trójki”, bo tam, na korytarzach rozgłośni przy ulicy Myśliwieckiej, rozgrywa się akcja tej opowieści, ale mam nadzieję, że słuchacze innych stacji, nawet nie odczytując wszystkich aluzji, przynajmniej się uśmiechną:  


Chociaż już dawno skończone żniwa,

Choć odleciały żurawie,

Czarna Helena nadal przebywa

Na Myśliwieckiej w Warszawie.

Hoduje sobie kwiatki w pokoju,

Interesuje sie dżinsem,

I nagle… Bach! Na liście przebojów

Wygrywa z Philem Collinsem.

Sukces nie zepsuł jej ani deczko

I nie zmieniła sie ona,

Nadal brutalnie, twardom piąsteczkom,

Trzyma jednego Barona.

I wielka sława też jej nie kusi,

Choć świat sie o niej dowiedział,

Bo wie, że przecież pilnować musi

Transcendentnego Niedźwiedzia.

I jeszcze paru takich, że rany,

Czarna Helena też niańczy,

Na przykład Hendryk wysportowany,

Co na rowerze zatańczy.

Albo też Wojtek, co gra muzyke

I językami on włada,

Który z postury, z tamtem Hendrykiem

Na rower raczej nie wsiada.

Na Myśliwiecke spogląda z góry

I sie uśmiecha pod nosem,

Baśka, co w niebie zagęszcza chmury

Zabranem stąd papierosem.

Czarna Helena będzie ostojom,

Świata pilnować będzie stąd,

A z kibicami, co sie jej bojom

Może obalić każdy rząd.

 


 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (39) | dodaj komentarz

sobota, 19 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  5 721 831  

Polecamy



Tym razem do prześmiesznych rozmów na pełnych prawach włącza się trzecia wybitna postać - Wojciech Karolak. Słynny jazzman, podpytywany przez dociekliwego Andrusa, barwnie opowiada o małżeństwie z Czubaszek, a jest to związek nie zawsze zgodnych indywidualistów!

"Nowy album „Piłem w Spale... I co dalej?" to zapis koncertu, który odbył się rok temu w Warszawie, w Teatrze Syrena. Był to nie tylko wieczór koncertowy, ale również wydarzenie towarzyskie - Andrus zaprosił na scenę przyjaciół: Marię Czubaszek, Hannę Śleszyńską, Andrzeja Poniedzielskiego, Grupę MoCarta, Chór Collegium Musicum Uniwersytetu Warszawskiego i muzyków, z którymi stale współpracuje - Łukasza Borowieckiego, Wojciecha Steca i Pawła Żejmę.


"Książka zawiera osiem zabawnie ilustrowanych bajek o charakterze satyrycznym, przeznaczonych zarówno dla dzieci (5-7-letnich), jak i dla dorosłych. Bajki w satyryczny sposób przedstawiają cechy i przypadłości ludzkie, ujawniające się w wieku dziecięcym, z którymi borykamy się do późnej starości, np. brak tolerancji, brak życzliwości, egocentryzm, chciwość itp. Bajki zawierają przesłanie czytelne dla obu grup odbiorców. Do książki dołączona płyta z bajkami nagranymi częściowo przez autora."


"Blog osławiony między niewiastami" to nie tylko papierowy wybór najlepszych i najśmieszniejszych tekstów z jego bardzo popularnego bloga internetowego, ale także swoiste „Dzieła wybrane”.


"Myśliwiecka" zawiera piosenki Artura Andrusa zaśpiewane przez samego Autora. Są to głównie utwory kabaretowe, pisane do programów telewizyjnych i na potrzeby występów estradowych.


Rozmowa dwóch wybitnych osobowości polskiej sceny kabaretowej – Artur Andrus wnikliwie przepytuje Marię Czubaszek z jej twórczości oraz burzliwego życia towarzyskiego i rodzinnego.

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Bloog pod patronatem Nieformalnego Stowarzyszenia Umiarkowanego Ograniczania Nadmiaru Wolności w Internecie (NSUONWwI)

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl