Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 537 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Skojarzenia

piątek, 27 lutego 2009 10:08

Z zaciekawieniem przyglądam się ludziom czekającym na korytarzach urzędów. Obserwuję co robią. Dzwonią, wysyłają sms - y, albo oddają się grom komputerowym zainstalowanym w telefonach komórkowych. Są tacy, którzy czytają gazety, niektórzy jedzą,  zdarzają się panie, które robią sobie manicure (co ciekawe, nie widziałem żadnej kobiety robiącej sobie pedicure w poczekalni na przykład wydziału  komunikacji). Wreszcie jest trochę takich, którzy z zaciekawieniem przyglądają się ludziom czekającym na korytarzach urzędów. Obserwują co robią. Jak już mi się znudzi obserwowanie, bawię się w skojarzenia. Uważnie czytam wszystkie wywieszki, komunikaty, ogłoszenia. A potem zaczynam je sobie z czymś kojarzyć. Albo z kimś. Tam, gdzie byłem wczoraj, wywieszone były tablice „Chrońmy nasze płazy". Na tym piętrze jest wydział ochrony środowiska.  „Żaba brunatna - płaz bezogonowy z rodzaju Rana, charakteryzujący się mniej lub bardziej brązową barwą grzbietu (z wyjątkiem samca żaby moczarowej w okresie godowym), posiada dobrze zaznaczoną ciemną plamę skroniową..." Na przykład Jurek. Nie widziałem co prawda jego grzbietu, ale pewnie może być mniej lub bardziej brązowy.  „Poza okresem godowym prowadzi lądowy tryb życia". Zgadza się. Do czerwca, bo później na dwa miesiące jedzie na żagle. I prawdę mówiąc jest to pewna forma okresu godowego.  Można go też uznać za samca „Moczarowej". Tak nazywamy jego żonę. Ze względu na subtelność i delikatność do złudzenia przypominające maniery szefa ubeków z czasów komuny. Podejrzewam, że to na skutek jej działań, przez ostatnie dwa tygodnie Jurek był trochę rodzaju Rana i miał bardzo dobrze zaznaczoną ciemną plamę skroniową. On twierdzi, że to ślad po treningu. Założył z kolegami Hokejową Amatorską Ligę Naukowców „HALINA" i przygotowują się do meczu inauguracyjnego „PAN kontra IPN".


Znalazłem też  plakat z napisem „Żaba moczarowa". Część opisu idealnie pasuje do Haliny: „Ciało delikatnej budowy, oczy wypukłe, skóra cienka i gładka..." A że razem byliśmy kiedyś na łódce, to wiem, że również „...na grzbiecie ciała wyraźnie widoczne fałdy grzbietowe..." Natomiast nie zgodziłbym się z twierdzeniem, że „...jest aktywna głównie w dzień", i że „...w Polsce występuje dość pospolicie, ale wyłącznie na nizinach". Pamiętam jej występ na dancingu w Białym Dunajcu. To było po drugiej w nocy i na pewno nie było pospolite. W każdym razie na tyle, że jacyś Słowacy zaproponowali jej podpisanie kontraktu na trzy sezony występów w barze „Extravaganca" w Starym Smokovcu. Ale nic z tego nie wyszło, bo najpierw ona się awanturowała, że niby dlaczego w Starym, a potem oni zrezygnowali, kiedy się zorientowali, że to nie drag - queen, tylko prawdziwa kobieta, a w tym stroju chodzi czasem do pracy w szkole.


            Nie po raz pierwszy dowiedziałem się też, z kim ja się ludziom kojarzę. Ale to akurat skojarzenie przyjemne. Ktoś mi przysłał wycinek z ukazującego się w Katowicach „Dziennika Zachodniego" z 23.01.2009. Na stronie z zapowiedziami imprez kulturalnych można przeczytać: „Piotr Bałtroczyk pojawi się w Chorzowie i Dąbrowie Górniczej". A obok... moje zdjęcie. I odesłanie do trzeciej strony. Tam z kolei wielki tytuł: „Bałtroczyk dwa razy na żywo", obszerna opowieść o zawodowym życiu mojego znakomitego kolegi (o tym, że był poetą lirycznym, że uczył studentów, o prowadzonych przez Niego programach telewizyjnych) i  nie mniejsza... moja fotografia. Ujęcie od dołu, znacznie poszerzające i tak już nie wąską twarz Artura Andrusa, i podpis pod zdjęciem: „Piotr Bałtroczyk to kabareciarz pełną gębą". Pełna gęba? No, najdelikatniej nie zostałem potraktowany. Ale mogło być gorzej. Gdyby ten ktoś, kto wymyśla w gazecie podpisy pod zdjęcia, bawił się  w skojarzenia i cytował teksty z plakatów wywieszonych na korytarzu wydziału ochrony środowiska, to kto wie, czy pod moją podobizną nie zostałoby napisane: „...pysk jak u żaby trawnej - stosunkowo szeroki, ale bardziej zaostrzony niż u żaby wodnej".




Podziel się
oceń
0
0

komentarze (22) | dodaj komentarz

W pierwszych słowach mojego listu

piątek, 20 lutego 2009 9:28

zawiadamiam Was, że jestem zdrów, którego to zdrowia i Wam życzę". Tak się zaczynał każdy list, który tata wysyłał będąc za granicą. I można powiedzieć, że to frazes, że wata słowna. Ale kiedy się z utęsknieniem czekało na jakąkolwiek wiadomość i zaraz po otwarciu koperty dowiadywało się, że tata szczęśliwie jest zdrów i szczerze nam tego zdrowia życzy, było to naprawdę ważne zdanie. Bo otwarcie, zagajenie, rozpoczęcie są najważniejsze.


Za każdym razem, kiedy przygotowuję się do rozmowy z gościem mojej radiowej audycji, najdłużej głowię się nad pierwszym pytaniem. Bo jak ono będzie dobre, to reszta jakoś pójdzie. Oczywiście przez wiele lat korzystałem ze skarbnicy wiedzy dziennikarskiej i zadawałem pytania typu: „Jak to się zaczęło?", „Skąd pomysł na nazwę?", „Skąd Pan/Pani czerpie pomysły?". Wtedy zazwyczaj na twarzy rozmówcy pojawiał się wyraz smutku. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, że nikt przy zdrowych zmysłach nie jest w stanie bez złośliwości po raz setny odpowiedzieć na pytanie o źródło, z którego czerpie pomysły.  Kiedy człowiek, przepraszam - dziennikarz, uświadomi sobie beznadziejność takich pytań, zaczyna silić się na oryginalność. I znowu najlepiej zilustrować to własnym przykładem. Sam tego nie pamiętałem, bo takie przeżycia łatwo wypieram z pamięci, ale przypomniał mi mój kolega ze studiów, że kiedyś zostałem wysłany przez radio na  poważne sympozjum polonistów poświęcone twórczości Marii Konopnickiej. I takiemu najważniejszemu profesorowi, który napisał sześć książek poświęconych drugiej zwrotce „Roty" i wie, w którym momencie pisania „Nocy" złamała się poetce stalówka, ja młody redaktor, bezczelnie zadałem pytanie: „Panie profesorze, co słonko widziało?".


Szukając inspiracji zajrzałem do książki „Sami o sobie" - zbioru wywiadów z ludźmi kultury, które w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych przeprowadzała mistrzyni tego gatunku dziennikarstwa, Krystyna Nastulanka. I trafiłem na perłę. Rozmowa z Tadeuszem Konwickim z 1964 roku. Mogła się zacząć od „czerpania pomysłów", mogło być oryginalnie i obficie, na przykład: „Czy nie uważa pan, że literatura schodzi ze swego wieszczego diapazonu i zaczyna się przekwalifikowywać na pielęgniarza, łaziebnego, którego zadaniem jest troska o sfrustrowanego i umęczonego decybelami człowieka współczesnej cywilizacji?". Tymczasem pani Krysia (pozwalam sobie tak pisać, bo miałem szczęście Ją znać) zaczyna rozmowę z wybitnym twórcą od pytania: „Co słychać?" No i dalej już się samo pięknie toczy.


Panowie, którzy w centrum miasta za kilka złotych chętnie popilnują auta, intuicyjnie wyczuwają wagę zagajenia. I dlatego zwyczajowe: „Popilnować?" poprzedzają rozluźniającym „Kierowniku", „Prezesie", „Mistrzu". Zauważyłem, że zwracają uwagę na rosnące wymagania parkujących i konkurencję na rynku pilnujących. Parę dni temu usłyszałem: „Popilnować kierowniku? I czy ulotki wyjmować zza wycieraczki czy mają zostawać?"


Ileż sympatyczniejsze byłyby nasze debaty publiczne, gdyby każda zaczynała się od takiego ludzkiego otwarcia. Interpelacja: „Panie Marszałku, Panie Posłanki, Panowie Posłowie, w pierwszych słowach mojej interpelacji zawiadamiam Was, że jestem zdrów, którego to zdrowia i Wam życzę..." Gdyby w Konstytucji RP znalazł się przejaw takiego normalnego zainteresowania zwykłym człowiekiem. No dobrze, może nie w preambule, ale na początku pierwszego rozdziału: Art.1 - Co słychać? Art.2 - Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli. Art.3 - Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. Art.4 - Ulotki wyjmować?  



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (31) | dodaj komentarz

Efekt łaźni tureckiej

piątek, 13 lutego 2009 9:55

        Jeśli Internet uznać za rzecz martwą, to mam dowód na złośliwość rzeczy martwych. A dokładniej na złośliwość żywych speców od reklamy, ukrywających się za rzeczami martwymi. Podłączyłem się do sieci, żeby sprawdzić pocztę mailową, ale zanim otworzyłem skrzynkę, natknąłem się na wstrząsający opis tego, jak brutalnie niemiecka policja, na niemieckim lotnisku, w niemieckim samolocie, potraktowała byłego polskiego polityka. Było tam nagranie, na którym słychać „Ratujcie mnieee..."  równie stanowcze, jak słynne, wypowiedziane kilka lat wcześniej przez tego samego byłego polityka „Nicea albo śmierć". Były opinie: aktualnej żony byłego polskiego polityka, która teraz sama jest polskim politykiem, współpasażerów i rzecznika policji. Oczywiście wyrobienie sobie zdania na temat tej sprawy jest niemożliwe, bo każdy mówi coś innego. Przeczytałem, zdenerwowałem się, wrodzony patriotyzm kazał mi jakoś zareagować, więc szybko znalazłem internetowe forum kibiców Bayernu Monachium i korzystając ze „Słownika Wulgaryzmów Zjednoczonej Europy", wpisałem tam pozdrowienia od kibiców Wisły Kraków. Uznałem sprawę za zakończoną, zalogowałem się do poczty. I co ja widzę? Najświeższa wiadomość, to: „Romantyczny powiew wiosny w Europie od 399 PLN" - reklama tanich biletów „Lufthansy". To wy tak? Na żarty wam się zbiera? I dalej: Europa to niewyczerpane źródło najwspanialszych podróżniczych przeżyć... Wspaniała okazja, by pierwsze, ciepłe promienie wiosennego słońca poczuć we dwoje..." Mogę w ciemno wskazać takich dwoje, którzy raczej nie skorzystają.


            Na opakowaniu płynu do kąpieli znalazłem informację, że ten płyn wywołuje „efekt łaźni tureckiej". Zawahałem się, czy użyć. To pewnie jakiś chwyt marketingowy, ale co będzie jeśli naprawdę się pojawi? I na czym taki efekt może polegać? Pierwsze skojarzenie jakie wpadło mi do głowy, to scena z filmu „Wielka włóczęga" z Louisem de Funesem. To właśnie w tureckiej łaźni Bouvet i Lefort mają się spotkać z dowódcą zestrzelonego angielskiego samolotu. I od razu wyobraziłem sobie, że po użyciu tego płynu stracę na chwilę świadomość i ocknę się w wypełnionym parą orientalnym wnętrzu, po którym spacerują odziani jedynie w ręczniki wąsaci mężczyźni. Niektórzy kręcąc się wokół siebie nucą lub pogwizdują „Herbatkę we dwoje". Może jednak wiedzy o „efekcie łaźni tureckiej" nie powinienem czerpać z francuskich komedii? Można obejrzeć coś poważniejszego, na przykład „Hamam - łaźnię turecką". Ale obraz w filmach zawsze będzie przetworzony, nieprawdziwy, poddany artystycznej obróbce. Może więc sięgnąć po literaturę fachową? Zajrzałem do przewodnika. Jest trochę więcej i bardziej rzeczowo, ale czy zachęcająco? Dowiedziałem się na przykład, że w tureckich łaźniach stosuje się"... różne techniki masażysty: od zupełnie prostackich (walenie pięściami po plecach) po te bardziej wysublimowane (gniecenie bicepsów)"(Witold Korsak „Turcja. Kraj czterech mórz"). Sprawdziłem w słowniku, czy aby na pewno dobrze rozumiem znaczenie słowa „wysublimowany". Rozumiałem dobrze, ale nie miałem pojęcia, że „gniecenie bicepsów" może być przejawem wysublimowania.


          Nie ma co marudzić, nie można poznania świata ograniczać do efektów wywoływanych przez kosmetyki kupione za 7 złotych w hipermarkecie na Mokotowie. Trzeba to osobiście przeżyć. Zwłaszcza, że do 31 marca jest promocja - do Istambułu i z powrotem można polecieć „Lufthansą" za 689 PLN.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (27) | dodaj komentarz

sobota, 19 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  5 721 861  

Polecamy



Tym razem do prześmiesznych rozmów na pełnych prawach włącza się trzecia wybitna postać - Wojciech Karolak. Słynny jazzman, podpytywany przez dociekliwego Andrusa, barwnie opowiada o małżeństwie z Czubaszek, a jest to związek nie zawsze zgodnych indywidualistów!

"Nowy album „Piłem w Spale... I co dalej?" to zapis koncertu, który odbył się rok temu w Warszawie, w Teatrze Syrena. Był to nie tylko wieczór koncertowy, ale również wydarzenie towarzyskie - Andrus zaprosił na scenę przyjaciół: Marię Czubaszek, Hannę Śleszyńską, Andrzeja Poniedzielskiego, Grupę MoCarta, Chór Collegium Musicum Uniwersytetu Warszawskiego i muzyków, z którymi stale współpracuje - Łukasza Borowieckiego, Wojciecha Steca i Pawła Żejmę.


"Książka zawiera osiem zabawnie ilustrowanych bajek o charakterze satyrycznym, przeznaczonych zarówno dla dzieci (5-7-letnich), jak i dla dorosłych. Bajki w satyryczny sposób przedstawiają cechy i przypadłości ludzkie, ujawniające się w wieku dziecięcym, z którymi borykamy się do późnej starości, np. brak tolerancji, brak życzliwości, egocentryzm, chciwość itp. Bajki zawierają przesłanie czytelne dla obu grup odbiorców. Do książki dołączona płyta z bajkami nagranymi częściowo przez autora."


"Blog osławiony między niewiastami" to nie tylko papierowy wybór najlepszych i najśmieszniejszych tekstów z jego bardzo popularnego bloga internetowego, ale także swoiste „Dzieła wybrane”.


"Myśliwiecka" zawiera piosenki Artura Andrusa zaśpiewane przez samego Autora. Są to głównie utwory kabaretowe, pisane do programów telewizyjnych i na potrzeby występów estradowych.


Rozmowa dwóch wybitnych osobowości polskiej sceny kabaretowej – Artur Andrus wnikliwie przepytuje Marię Czubaszek z jej twórczości oraz burzliwego życia towarzyskiego i rodzinnego.

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
232425262728 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Bloog pod patronatem Nieformalnego Stowarzyszenia Umiarkowanego Ograniczania Nadmiaru Wolności w Internecie (NSUONWwI)

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl