Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 243 445 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

W filharmonii...

piątek, 22 lutego 2013 8:05

Tutaj powinienem zrobić dłuższą przerwę, która pozwoliłaby ochłonąć po wrażeniu albo zdziwieniu, w jakie wprowadziłem czytelnika. Boże, pan Andrus w filharmonii! No więc w filharmonii, na ścianie obok garderoby… (Eee… Czyli był u jakiegoś znajomego muzyka albo jako wolontariusz pomagał malować ściany…) W filharmonii, na ścianie obok garderoby i w holu… (Czyli jednak może poszedł na koncert? Bo po co byłby w holu?...) W filharmonii, na ścianie obok garderoby  i w holu zobaczyłem wywieszkę informującą o sygnałach alarmowych, jakie powinny się pojawić w przypadku różnych zagrożeń. Taka tabelka podzielona na części: 1. Rodzaje alarmów, 2. Sposób ogłoszenia alarmów, 3. Sposób odwołania alarmów, 4. Zasady zachowania się po usłyszeniu sygnału alarmowego.

 

Przyjrzałem się uważnie. Wywieszka informuje, że mogą mnie ostrzegać przed tymi zagrożeniami środki masowego przekazu „powtarzaną trzykrotnie zapowiedzią słowną”, ale mogę też usłyszeć sygnał wygenerowany przez „akustyczny system alarmowy”. Zainteresowała mnie zwłaszcza ta druga metoda. Przeczytałem, że jeśli byłby to „Alarm powietrzny”, to usłyszę: „Następujące po sobie sekwencje długich dźwięków sygnałów dźwiękowych pojazdów, gwizdków, trąbek lub innych przyrządów na sprężone powietrze w stosunku 3:1; w przybliżeniu 3 sekundy dźwięku oraz 1 sekunda przerwy”. A jeżeli miałby to być „Alarm o skażeniach”, będzie to: „Sekwencja krótkich sygnałów wydawanych sygnałem dźwiękowym pojazdu lub innym podobnym urządzeniem lub też uderzenia metalem czy też innym przedmiotem w stosunku 1:1, w przybliżeniu 1 sekunda wydawania dźwięku oraz 1 sekunda przerwy”.

 

Wywieszanie tego typu komunikatów w filharmonii, ma moim zdaniem głęboki sens, ponieważ tylko ludzie chodzący na koncerty muzyki klasycznej potrafią odróżnić dźwięki długie od krótkich. Tylko melomani mogą nas uratować w sytuacji zagrożenia niespodziewanym atakiem! Niewyedukowany muzycznie człowiek nie odróżni „Alarmu powietrznego” od dźwięków wydawanych przez grupę kibiców wracających ze stadionu ani „Alarmu o skażeniach” od „Parady równości”. Albo pomyli. I zamiast „…zabrać ze sobą dokumenty, odzież, żywność…” (Alarm powietrzny) będzie bez sensu starał się „…wyjść poza strefę skażeń prostopadle do kierunku wiatru…” (Alarm o skażeniach).

 

Filharmonia może stać się centrum kryzysowym, z koncertu możemy wysłać sms-a o treści: „Magda! Rachmaninow świetny, ale uszczelnij pomieszczenia, nie spożywaj pokarmów na wolnej przestrzeni, omijaj kałuże i wykonuj ściśle polecenia władz”.

 

Niestety, jest jeden kłopot. Koncerty muzyki współczesnej. Słyszałem niedawno… (Czyli jednak był w filharmonii!...) Słyszałem niedawno, że najnowsze dzieło pewnego wybitnego kompozytora to trzy i pół godziny „następujących po sobie sekwencji długich dźwięków sygnałów dźwiękowych pojazdów, gwizdków, trąbek lub innych przyrządów na sprężone powietrze w stosunku 3:1; w przybliżeniu 3 sekundy dźwięku oraz 1 sekunda przerwy na zmianę z sekwencją krótkich sygnałów wydawanych sygnałem dźwiękowym pojazdu lub innym podobnym urządzeniem lub też uderzenia metalem czy też innym przedmiotem w stosunku 1:1, w przybliżeniu 1 sekunda wydawania dźwięku oraz 1 sekunda przerwy”. Podobno dostał za to „Czarną Batutę” na festiwalu w Kamp – Lintfort, honorową odznakę Międzynarodowej Organizacji Obrony Cywilnej i zakaz wjazdu do czternastu cywilizowanych krajów świata. W jednym z wywiadów przyznał, że dzieło powstało krótko po uderzeniach metalem czy też innym przedmiotem.

 


Podziel się
oceń
167
12

komentarze (52) | dodaj komentarz

Prawo moczenia gąbki

poniedziałek, 18 lutego 2013 8:35

Ulubionym zajęciem Wojciecha jest wymiana poglądów. Po wielu latach znajomości zauważyłem pewną prawidłowość i doszedłem do wniosku, że Wojciech wymienia poglądy na letnie i zimowe. Mniej więcej co pół roku dzwoni do mnie i paru innych znajomych, umawia się na spotkanie, i z rozmowy wynika, że myśli już całkiem inaczej niż parę miesięcy temu. Owszem, czasem się zagapi i nie zważając na ostrzeżenia fachowców, że potem będą kolejki do wymiany, zamiast w listopadzie, zmieni poglądy na zimowe dopiero przy stole wigilijnym, ale zrobi to na pewno. Z reguły koło kwietnia wraca do poprzednich. I tak przez trzy sezony. A potem stare poglądy wyrzuca… To znaczy - mam nadzieję, że dyskretnie oddaje do jakiegoś specjalistycznego zakładu, gdzie są gruntownie wulkanizowane, żeby ktoś jeszcze mógł z nich skorzystać. Bo poglądy Wojciecha są w sumie całkiem niegłupie i mało używane. Wymiana dotyczy wszystkich sfer życia – polityki, literatury, sztuki, historii, uczuć, wiary.  Przy okazji takiej wymiany poglądów, popada Wojciech w rozważania głęboko filozoficzne. Oto zapis jednego z ostatnich wywodów:

 

- Najszczęśliwsza chwila, jaką pamiętam ze szkoły, to ta, kiedy udało się wyjść z klasy zmoczyć gąbkę. Każdy o tym marzył. Żeby wyrwać się z tego dusznego pomieszczenia pełnego różnych ograniczeń, tych „Uważaj!”, „Proszę o ciszę!”, „Bo zaraz wyciągniecie karteczki!”, wypełnionego niejednokrotnie wrogimi ludźmi, którzy potrafili bez cienia zażenowania powiedzieć: „Proszę pani, a on się bije”. Wyjście z gąbką do zmoczenia było jak wynurzenie się nad taflę wody po życiodajny wdech powietrza. Można było iść pustym szkolnym korytarzem, nadając krokom własny rytm. Samemu można było zdecydować czy pójdzie się do łazienki na swoim piętrze, czy dla żartu zajrzy do toalet maluchów z klas od I do III, czy gąbkę zmoczy się ciepłą, czy zimną wodą. To ode mnie zależało, czy wykręcić ją potem tylko raz, czy kilka razy, mogłem przedłużać tę chwilę, oglądając po drodze wcześniej zupełnie nieinteresujące gazetki, na przykład tę z życiorysem patrona szkoły - Władysława Broniewskiego. Mimo nieuchronności powrotu do obcych ludzi i wielu ograniczeń, miało się uskrzydlające poczucie wolności. Zwłaszcza, że była szansa, że to nie ostatnie wyjście, że jeszcze się kiedyś będzie dyżurnym, albo na pytanie „Kto pójdzie zmoczyć gąbkę?” uda się unieść dwa palce najwyżej, ponad głowy innych kolegów. Tata opowiadał, że w czasach jego dzieciństwa nie było tylu gąbek, że często szło się zmoczyć szmatę, co może nie brzmi już tak pięknie, ale sens tego zdarzenia i uczucia mu towarzyszące były takie same. Na chwilę wyrywałeś się na wolność i byłeś panem samego siebie. Dlatego uważam, że każdy obywatel Polski powinien mieć konstytucyjnie zagwarantowane prawo do wyjścia w celu zmoczenia gąbki. W pracy, w domu, w szkole, w urzędzie, w kościele, w teatrze… W sytuacji kryzysowej, kiedy ma się wszystkich i wszystkiego powyżej uszu, raz na jakiś czas każdy Polak musi mieć prawo zadania pytania: „Proszę pani, mogę wyjść zmoczyć gąbkę?”, a rzeczona pani (zresztą bez względu na jej płeć) takiego prawa nie ma prawa mu odbierać. Więcej, uważam, że dla budowania więzi międzyludzkich, powinno się pozwalać na grupowe wychodzenie na maczanie gąbek. To naprawdę cudowne uczucie, kiedy widzisz takich jak ty, którzy co prawda wyszli z innej klasy, ale w tym samym celu. Już my sobie poradzimy z ustaleniem przeciwko komu tym razem moczymy gąbkę…

 

Wojciech zamilkł. Spośród kilkunastu słuchaczy tego wywodu, żaden nie miał odwagi nic powiedzieć. Niektórych ogarnęła zaduma, innych troska o stan zdrowia Wojciecha, jego rodziców prawdziwe wzruszenie. Po policzkach ojca spływały łzy matki. To znaczy takie jak matki… Wszyscy w tej rodzinie mieli łzy jak matka. Po policzkach matki spływały jej własne łzy. Matka przerwała ciszę. Lekki szloch zrywał i tak już postrzępione zdania:

 

- Twojego ojca… Pierwszy raz… Pięćdziesiąt dwa lata temu… Szłam po kredę do sekretariatu… Ze szmatą w dłoni patrzył w portret Świerczewskiego… Wiedziałam, że kocham…

 

Szloch matki został przerwany szlochem ojca:

 

- Była zawstydzona… Potem się przyznała, że wtedy zapomniała stroju na wf… A wyglądała tak, jakby zawsze miała strój na wf… Do dzisiaj tak wygląda… Spojrzałem w jej oczy… A potem w jego… I jeszcze raz… Mieli takie same oczy… Twoja matka i Świerczewski… Wiedziałem, że lepiej, żebym raczej nie próbował nie kochać… 

 


Podziel się
oceń
165
5

komentarze (54) | dodaj komentarz

Magiczna granica, że pożal się

czwartek, 07 lutego 2013 8:18

Pan relacjonujący kursy akcji na giełdzie:

 

- Magiczna granica trzech złotych została przekroczona.

 

Piosenkarka o swoim wieku:

 

- Trzydzieści lat – właśnie przekroczyłam tę magiczną granicę.

 

Wrzuciłem to hasło do wyszukiwarki internetowej i pojawiły się fragmenty tekstów: „…magiczna granica szesnastu lat…”, „Liczba turystów na świecie przekroczyła magiczną granicę...” (z dalszej części tekstu wynikało, że to miliard), „Magiczna granica 55 km/h…” (pisze o niej właściciel chińskiego skutera), „…magiczna granica 15% w wyborach samorządowych…”, „…sprzedaż spadła poniżej magicznej granicy 20 tys. egzemplarzy”.

 

Nie jestem zwolennikiem regulowania wszystkiego przez państwo, ale jakiś porządek przydałoby się wprowadzić. Przecież ta szesnastolatka, za czternaście lat na pewno będzie mówiła o „magicznej granicy trzydziestu lat”! Czyli, że co? Magiczna jest każda? Krajowa Rada Magii i Iluzji powinna publikować jakiś dokument, a w nim podawać, co i ile czego albo kogo, jest w danym roku magiczną granicą. Takie akty prawne powinny być wydawane przynajmniej raz w roku, bo granice się przesuwają. Na przykład magiczna granica chamstwa. Krajowa Rada Magii i Iluzji powinna mieć swoje zbrojne ramię – Magiczną Straż Graniczną, a ta powinna mieć prawo do instalowania fotoradarów. Zresztą u nas niedługo już nawet sanepid będzie stawiał fotoradary.

 

Dla mnie, przez wiele lat, magiczną była granica między Polską a Czechosłowacją, a zwłaszcza przejście w Barwinku. Jak się udało przejechać, to czuło się tak, jak by się królika z kapelusza wyciągnęło a potem zamieniło go w gołębia. W drodze powrotnej trzeba było jeszcze jakoś przeniknąć przez kontrolę  celną. Czasem niewiele brakowało, żeby czechosłowaccy celnicy przepiłowali człowieka na pół i przekłuli specjalnymi szpadami w poszukiwaniu lentilek, butelki „becherovki” czy, nie daj Boże, tenisówek. Ale w chwili grozy zazwyczaj wykonywało się taką sztuczkę, że do paszportu wkładało się parę dolarów i… Trrr trrr bum bum! Ta dam! Paszport wracał, ale dolary znikały. Tak przekraczało się magiczną granicę z zaprzyjaźnionym krajem socjalistycznym.

 

Nie wiem, czy to już przekroczenie magicznej granicy poprawności, czy wręcz przeciwnie – absurdalny strach przed oskarżeniem o świętokradztwo, ale słyszałem, jak pewna pani z telewizji kilka razy w ciągu jednego programu użyła sformułowania: „Na litość!”. Bez precyzowania czyją. Muszę uważnie się jej przysłuchać, bo może wprowadziła również do obiegu coś w stylu: „Bój się”, „Pożal się”, „Jak dopuści, to i z kija wypuści”, „Świeczkę i diabłu ogarek”, „Jak Kuba, tak Kubie”. Może to z szacunku? Żeby Boga nie mieszać do błahych tematów, którymi pani się zazwyczaj zajmuje? Ciekawe, czy ta zasada (jeśli taka w ogóle jest, bo być może to tylko przypadek, że kilka razy pani użyła zwrotu „Na litość”) dotyczy wyłącznie najpopularniejszego w naszej kulturze Boga, czy też na przykład sięga do antyku?  Czy dawniej używane „wygląda jak młody bóg” teraz kończy się na „wygląda jak młody”? Spokojnie! Przekroczy magiczną granicę czterdziestki i przestanie tak wyglądać! Wiem to po sobie. Dzisiaj rano, kiedy robiłem się na bós… Oj, przepraszam – po prostu robiłem się na, spojrzałem w lustro i aż mi się wyrwało: „Ty widzisz i nie grzmisz!”. 


Podziel się
oceń
222
8

komentarze (66) | dodaj komentarz

sobota, 27 maja 2017

Licznik odwiedzin:  5 613 301  

Polecamy



Tym razem do prześmiesznych rozmów na pełnych prawach włącza się trzecia wybitna postać - Wojciech Karolak. Słynny jazzman, podpytywany przez dociekliwego Andrusa, barwnie opowiada o małżeństwie z Czubaszek, a jest to związek nie zawsze zgodnych indywidualistów!

"Nowy album „Piłem w Spale... I co dalej?" to zapis koncertu, który odbył się rok temu w Warszawie, w Teatrze Syrena. Był to nie tylko wieczór koncertowy, ale również wydarzenie towarzyskie - Andrus zaprosił na scenę przyjaciół: Marię Czubaszek, Hannę Śleszyńską, Andrzeja Poniedzielskiego, Grupę MoCarta, Chór Collegium Musicum Uniwersytetu Warszawskiego i muzyków, z którymi stale współpracuje - Łukasza Borowieckiego, Wojciecha Steca i Pawła Żejmę.


"Książka zawiera osiem zabawnie ilustrowanych bajek o charakterze satyrycznym, przeznaczonych zarówno dla dzieci (5-7-letnich), jak i dla dorosłych. Bajki w satyryczny sposób przedstawiają cechy i przypadłości ludzkie, ujawniające się w wieku dziecięcym, z którymi borykamy się do późnej starości, np. brak tolerancji, brak życzliwości, egocentryzm, chciwość itp. Bajki zawierają przesłanie czytelne dla obu grup odbiorców. Do książki dołączona płyta z bajkami nagranymi częściowo przez autora."


"Blog osławiony między niewiastami" to nie tylko papierowy wybór najlepszych i najśmieszniejszych tekstów z jego bardzo popularnego bloga internetowego, ale także swoiste „Dzieła wybrane”.


"Myśliwiecka" zawiera piosenki Artura Andrusa zaśpiewane przez samego Autora. Są to głównie utwory kabaretowe, pisane do programów telewizyjnych i na potrzeby występów estradowych.


Rozmowa dwóch wybitnych osobowości polskiej sceny kabaretowej – Artur Andrus wnikliwie przepytuje Marię Czubaszek z jej twórczości oraz burzliwego życia towarzyskiego i rodzinnego.

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728   

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Bloog pod patronatem Nieformalnego Stowarzyszenia Umiarkowanego Ograniczania Nadmiaru Wolności w Internecie (NSUONWwI)

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl