Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 537 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

EEK (Emocje, Energia, Kochani)

wtorek, 26 kwietnia 2011 8:39

Na stoliku przed telewizorem - kartka i ołówek. Zabieram się za badania. Będę sprawdzał, ile razy w każdym programie rozrywkowym padają słowa: „emocje”, „energia” i „kochani”. Używają ich z pasją prawie wszyscy prowadzący i jurorzy. „To były niezwykłe emocje! Jaka energia była w twoim występie! Głosujcie kochani!”.


Jako człowiek pozbawiony energii i nieokazujący emocji, czuję się zaniepokojony. Nastrój poprawia mi jedynie świadomość, że jestem kochany przez prezenterkę i jurora. A skoro już te słowa tak spopularyzowaliśmy w telewizyjnych programach rozrywkowych i jeśli tak świetnie się sprawdzają, może spróbujemy podsunąć je innym? Halo! Dystrybutorzy prądu! Może wprowadzilibyście nowy wzór dokumentów, które wysyłacie nam co miesiąc. Może na przykład tak: „Kochani! Faktura VAT Nr 2250005095 za dostawę energii…”. A ileż emocji będzie przy podwyżkach cen!


Halo! Sędziowie! Co stoi na przeszkodzie, żeby wyroki brzmiały tak: „Kochani! Wyrok w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej… Sąd Rejonowy w Nowym Targu, po rozpoznaniu sprawy Kazimierza X., syna Wandy i Mariana, którzy byli kochani, orzeka: 1. Kazimierza X. uznaje za winnego zarzucanego mu czynu - napaści pod wpływem emocji i uderzenia z dużą energią tępym narzędziem – nożem, ale nieostrzonym, Tadeusza Y., syna też Wandy i też Mariana, ale innych”?


             A na stoliku obok łóżka – książka. Brałem udział w wieczorze tę książkę promującym.  Małgorzata Sokołowska „Dni bezciastkowe – Gdynia w latach 1945 – 1956”. Autorka - trójmiejska dziennikarka - zbierając materiały do „Encyklopedii Gdyni”, trafiła na prawdziwe skarby w sprawozdaniach z posiedzeń Miejskiej Rady Narodowej, różnych gremiów Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, dokumentach milicji i bezpieki. Wszystko uzupełnione fragmentami artykułów z „Dziennika Bałtyckiego” z tamtych lat. Chwilami włos się na głowie jeży, momentami straszno, kiedy człowiek sobie uświadomi, że to wszystko prawda, ale większość z tych dokumentów wywołuje również napady śmiechu. Kilka zacytuję (autorka zachowała oryginalną pisownię): „Tow. Drzewiecka reprezentuje Koło POP [Podstawowa Organizacja Partyjna – przyp. AA] żon marynarzy: nie słuszne jest że społeczeństwo podrywa opinię wszystkim żonom marynarzy pływających gdyż nie należy brać pod uwagę jednostek. Żony marynarzy mają poważne osiągnięcia w dziedzinie Łączności Miasta ze Wsią” (z protokołów posiedzeń plenarnych komitetu Miejskiego PZPR w Gdyni – 11.05.1956). „Milicja otrzyma wkrótce pałki, jak sobie tego życzy większość społeczeństwa” („Dziennik Bałtycki” 22.02.1956). „Radna Korsak Aniela: należy stwierdzić z praktyki, że dobrze zorganizowana impreza, w rodzaju noworocznej choinki w Oksywiu podbudowana duchem internacjonalizmu daje dobre rezultaty i pobudza młodzież do pracy” (Sesja MRN 27.02.1956).


I teraz jak mi smutno, sięgam po „Dni bezciastkowe”, albo organizuję imprezę w rodzaju noworocznej choinki w Oksywiu. A jako, że zapraszam Nataszę i Jima, impreza jest podbudowana duchem prawdziwego internacjonalizmu.


A propos „prawdziwy”. To kolejne ukochane słowo prezenterów i jurorów programów rozrywkowych. „Jesteś w tym tańcu taka prawdziwa!”. Zastanawiam się, po co tyle wysiłku wkłada ktoś w produkcję zwiastunów tych programów? Wystarczyłoby, gdyby na tle jakichś ślicznych obrazków (na przykład kotka oblizującego łapkę, najlepiej, żeby to była łapka innego kotka, leżącego obok i trzymającego w nielizanej łapce gałązkę wierzbową pełną kotków), lektor zapowiedział: „A dzisiaj u nas: Energia! Emocje! Kochani! I prawdziwy sztuczny biust!”.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (66) | dodaj komentarz

Diridonda

wtorek, 19 kwietnia 2011 10:16

Jeżeli to prawda, że tłumaczenia są jak kobiety – jak piękne, to nie wierne, jak wierne, to nie piękne, to moje należy uznać za piękne. Bo wierne na pewno nie. Tłumaczenie z języka który się zna, to żadna sztuka. Prawdziwe wyzwanie, to przetłumaczyć na język polski coś, czego człowiek nie rozumie, czego może się tylko domyślać. Chęć spolszczenia tej piosenki chodziła za mną od kilku lat. Po raz pierwszy pokazali mi ją w Internecie moi słowaccy przyjaciele. Tyle, że to już było tłumaczenie. Słowacka wersja pewnego chorwackiego przeboju. Przez nią dotarłem do oryginału. I się zakochałem. W klimacie, a jeszcze bardziej w teledysku. Proszę sobie zobaczyć. Jest na Youtubie. Wystarczy wpisać „Diridonda”. Proszę obejrzeć obie wersje – słowacka poraża urodą wykonania i żywiołowością publiczności (ma dopisane, że pochodzi z programu „Repete”), chorwacka zachwyca wszystkim. Wykonawcy pierwowzoru, Novi Fosili, nazywani są „chorwacką Abbą”. Internet twierdzi, że „Diridondę” zaśpiewali na festiwalu w Splicie w 1977 roku. Sądząc po teledysku, chodzi o podryw. Na moje wyczucie, po polsku mogłoby to iść tak:

Po białym winie, mój Boże,

Czerwone miałam oczy,

On mnie prowadził nad morze

I mierzwił mój warkoczyk.

Nie był niegrzeczny i grzeczny nie był zbyt,

Splot był słoneczny, słoneczny był Split,

Mierzwił, czarował, całował

I śpiewał aż po świt:

Diri, diri, din, di, diri, din, donda,
Ukrast cu te, znaj, moja mala bjonda,
Diri, diri, din, di, diri, din, donda,
Voljet cu te ja, moja mala bjonda.

Wszystkie koszule z rozcięciem,

Bo zarost miał na klatce,

Mówił, że dziadek był księciem,

A zęby ma po matce,

Że ten zegarek przywieźli mu z Chin,

Ma pod Zadarem rozlewnię białych win,

I czy ja w sumie rozumiem,

Co znaczy „diri din”?

Diri, diri, din, di, diri, din, donda,
Ukrast cu te, znaj, moja mala bjonda,
Diri, diri, din, di, diri, din, donda,
Voljet cu te ja, moja mala bjonda.

                Nie tłumaczyłem refrenu, bo pięknie brzmi w oryginale, ale jeśli ktoś jest bardzo ciekaw treści, to moim zdaniem refren jest odpowiednikiem naszego:

Jak długo na Wawelu Zygmunta bije dzwon,

Dzwoń, dzwoń, dzwoń dzwoneczku,

Mój stepowy, dzwoń, dzwoń, dzwoń.


Podziel się
oceń
29
1

komentarze (57) | dodaj komentarz

Żałuj Marleno – odc.3

poniedziałek, 11 kwietnia 2011 10:20

Królowa zjedzą jabłko? - czarne oczka jasnowłosego chłopca patrzyły z ufnością w popielaty dekolt wytwornej damy, której nie przeszkadzał nawet fakt, że ten dzieciak nie rozróżnia tytułów arystokratycznych i monarszych. Bo niby kto miał go tego nauczyć? Koniuszek był synem koniuszego i koniuszyny, która od czasu, kiedy w pobliżu zaczęto budować kolej żelazną, zażądała, żeby tak jej nie nazywać. Każdego ranka, odziany w marynarskie ubranko, zjawiał się w pałacowym parku, żeby o rosie pobiegać sobie z patyczkiem. Aportowania patyków nauczył nawet Kreislera - jednego z ulubionych ogierów baronowej von Kopff bis Fuss. Ileż radości dawało, tej niewesołej już kobiecie, patrzenie na zabawę tych dwóch – trzyletniego konia i dwudziestodziewięcioletniego chłopca! Koniuszek popluwał patyczek, rzucał nim w kierunku lasu, wydawał komendę:

- Gdzie patyczek? - tyle, że po niemiecku, czyli:

- Wo ist der Zweig?

Kreisler galopując znikał w zaroślach. Po dwudziestu minutach wracał, ciągnąc za sobą na specjalnej uprzęży kilka pni świeżo ściętych i pozbawionych gałęzi drzew. Nie zwracając uwagi na baronową i Koniuszka, udawał się w kierunku pobliskiego tartaku, który tak naprawdę był przykrywką dla konspiracyjnej działalności miejscowego komunisty.

- Jabłko? W kwietniu? Oj ty żartownisiu! Przecież jeszcze nie ma jabłek! – baronowa poczochrała bujną czuprynę chłopca, dziwnie się tym faktem ekscytując i nie wiedząc, że prosty lud dawno już wymyślił sposoby przechowywania przez zimę twardych owoców i że to jabłko było zeszłoroczne.

- Królowa spróbują, naprawdę smaczne! – nie rezygnował z kuszenia Koniuszek, równocześnie odwracając uwagę schorowanej, ale jeszcze nie ostatecznie, baronowej od Kreislera, który właśnie udawał się po kolejną partię drzewa.

- Ja dla królowej specjalnie schowałem – serce baronowej biło coraz szybciej, a rozum krzyczał: „To tylko jabłko!” – Chociaż ojciec mówili, że królowa nie takie rzeczy jedzą i od zwykłego chłopca nie wezmą byle jabłka, i że nawet nie mam co go myć, bo się zmarnuje…

- Ależ… Dlaczegóż? Toż miłeż mój chłopczeż, żeś chciałż mi przyjemność uczynić temż jabłkiemż… - baronowa von Kopf bis Fuss ważyła słowa, równocześnie stylizując swoją wypowiedź na język starobawarski, żeby nie być później posądzaną przez okoliczną arystokrację o zbytnie spoufalanie się z potomstwem służby. Niechętnie hamowała swój zastały nieco, ale w każdej chwili gotowy do rozruszania temperament.

„Hej w bawarskim lesie

Drzewo rąbią drwale,

Hej, jak mnie poniesie,

To się spoufalę”.

Nie wiedzieć czemu, właśnie w tej chwili przypomniała sobie tę starą kołysankę, którą nuciła jej matka – baronowa Irmina Ganze – Haselnüsse, kiedy przez kilka wieczorów sama musiała ją usypiać, bo niania poszła w świat z siedmioma Cyganami, z których tylko trzech okazało się potem Romami.

                Tymczasem w gabinecie barona von Kopf bis Fuss trwały w najlepsze niemącone niczym ciemność i cisza. Nikogo tam nie było. Baron był w drodze na spotkanie z komisarzem bawarskiej policji portugalskiego pochodzenia Bohumilem Kohoutkiem, który obiecał wyjaśnić sprawę tajemniczych kradzieży drzewa z pałacowego parku. Komisarz był pewien szybkiego zakończenia śledztwa – jego ludzie na miejscu nielegalnej wycinki drzew znaleźli zagadkowy dowód – trzy nadgryzione kostki cukru i zużyte wędzidło.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (33) | dodaj komentarz

sobota, 19 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  5 721 810  

Polecamy



Tym razem do prześmiesznych rozmów na pełnych prawach włącza się trzecia wybitna postać - Wojciech Karolak. Słynny jazzman, podpytywany przez dociekliwego Andrusa, barwnie opowiada o małżeństwie z Czubaszek, a jest to związek nie zawsze zgodnych indywidualistów!

"Nowy album „Piłem w Spale... I co dalej?" to zapis koncertu, który odbył się rok temu w Warszawie, w Teatrze Syrena. Był to nie tylko wieczór koncertowy, ale również wydarzenie towarzyskie - Andrus zaprosił na scenę przyjaciół: Marię Czubaszek, Hannę Śleszyńską, Andrzeja Poniedzielskiego, Grupę MoCarta, Chór Collegium Musicum Uniwersytetu Warszawskiego i muzyków, z którymi stale współpracuje - Łukasza Borowieckiego, Wojciecha Steca i Pawła Żejmę.


"Książka zawiera osiem zabawnie ilustrowanych bajek o charakterze satyrycznym, przeznaczonych zarówno dla dzieci (5-7-letnich), jak i dla dorosłych. Bajki w satyryczny sposób przedstawiają cechy i przypadłości ludzkie, ujawniające się w wieku dziecięcym, z którymi borykamy się do późnej starości, np. brak tolerancji, brak życzliwości, egocentryzm, chciwość itp. Bajki zawierają przesłanie czytelne dla obu grup odbiorców. Do książki dołączona płyta z bajkami nagranymi częściowo przez autora."


"Blog osławiony między niewiastami" to nie tylko papierowy wybór najlepszych i najśmieszniejszych tekstów z jego bardzo popularnego bloga internetowego, ale także swoiste „Dzieła wybrane”.


"Myśliwiecka" zawiera piosenki Artura Andrusa zaśpiewane przez samego Autora. Są to głównie utwory kabaretowe, pisane do programów telewizyjnych i na potrzeby występów estradowych.


Rozmowa dwóch wybitnych osobowości polskiej sceny kabaretowej – Artur Andrus wnikliwie przepytuje Marię Czubaszek z jej twórczości oraz burzliwego życia towarzyskiego i rodzinnego.

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Bloog pod patronatem Nieformalnego Stowarzyszenia Umiarkowanego Ograniczania Nadmiaru Wolności w Internecie (NSUONWwI)

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl