Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 243 445 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Pierwsze zdanie

poniedziałek, 28 czerwca 2010 10:01

„Nad półsenną jeszcze powłokę portowej zatoki, mąconą tylko głośną poranną modlitwą greckiego mnicha, wzleciał oszałamiający diadem synogarlic".


Ktoś mu kiedyś powiedział, że w powieści najważniejsze jest pierwsze zdanie. Pracował nad nim trzy lata i wyszło właśnie coś takiego. Nie miał pojęcia jak bardzo ostateczny kształt pierwszego zdania różnił się od pierwowzoru, tego sprzed trzech lat. Ale niedawno, przypadkiem trafił na kartkę z przekreślonym zdaniem:


„Nad śpiącą jeszcze zajezdnię „Marynarska", opluwaną przekleństwami schodzących się do pracy kierowców, wzleciały ponure wrony".


Pomyślał, że to nie jest takie złe. To może być pierwsze zdanie kolejnej powieści. To może się stać znakiem rozpoznawczym - po jakimś czasie czytelnik będzie wiedział, że każda z jego książek zaczyna się od zdania, w którym nad jakieś miejsce, w którym rankiem coś słychać, wzlatują jakieś ptaki. Z tym, że trudno mu będzie znaleźć coś lepszego niż „oszałamiający diadem synogarlic". Ma powypisywane: „koronkowy łańcuch kormoranów", „radosne postronki skowronków", „naprężoną cięciwę szpaków" i „gibki różaniec jaskółek", ale to wszystko jakoś nie brzmi.


Ktoś, kto mówił mu o pierwszym zdaniu, niestety niczego nie powiedział o następnych. Dlatego drugie, trzecie i kolejne nie pozostawiają żadnych wątpliwości, z jakiego rodzaju literaturą mamy do czynienia:

„Grecki mnich modlił się, prosząc przechodzących obok niemieckich turystów o jałmużnę na budowę nowego kościoła, powtarzając zabawną formułkę:

- Brat mi wsparł tę kirchę.

- Kapusty bym zjadł - łapczywie powiedział  Karol.

- To sobie kup - odpowiedział Marek. Delikatnie, ale stanowczo odpowiedział. W Polsce był grabarzem, więc wiedział jak należy być delikatnym, ale stanowczym.

- Ale gdzie? - zainteresował się Karol. Że w sensie gdzie kupić.

- Może zapytamy tego mnicha? - wtrącił ktoś inny, kto dotychczas się nie wtrącał.

- Mnicha pytać? O kapustę? Oszalałeś? Nie wypada! - ostro zareagował Karol, który w Polsce był technikiem dentystycznym i wiedział co wypada, a co nie, bo tak go matka nauczycielka wychowała".


                240 stron równie porywającej akcji. Powieść nosi tytuł „Krwawa ekranizacja" i rozgrywa się w środowisku polskich robotników, którzy przy autostradzie w Grecji zakładają ekrany dźwiękochłonne. Jest wśród nich jedna kobieta z Warszawy, którą właścicielka kamienicy, w której wynajmuje mieszkanie oskarża o kradzież lalki. W czasie procesu jeden z robotników urywa łeb lalce i okazuje się, że w środku jest wizytówka sklepu w Bartoszycach, w którym kupił tę lalkę. Grecka gospodyni jest wściekła, wypowiada mieszkanie Izabeli, która przeprowadza się do tamtego, który ją uratował z opresji. Zwłaszcza, że zwolniło się miejsce, bo  jeden z robotników znika w niewyjaśnionych okolicznościach, pozostawiając na ekranie dźwiękochłonnym wskazówkę w postaci napisu „Nie żyję. Zamordował mnie Kolaciński". Wszystko kończy się dobrze, okazuje się, że to był tylko taki dowcip, że robotnik wcale nie zginął, tylko pojechał na święta do domu (zresztą też przywozi z Polski lalkę, bo dowiedział się, że na to można fajne babki poderwać), a tamta Polka od lalki wychodzi za mąż, ale nie za tego, który ją w sądzie przed wredną grecką kamienicznicą uratował, tylko za Kolacińskiego, bo przystojniejszy.


Tytuł miał też znaczenie marketingowe - autor przewidywał, że jego dzieło trafi kiedyś na ekrany kin i wtedy to dopiero będzie zabawa, kiedy różni recenzenci będą pisali o długo oczekiwanej ekranizacji „Krwawej ekranizacji". Ha, ha, ha. Na razie jednak nikt się nie garnie do sfilmowania tego dzieła. Co nie oznacza, że jego autor czeka biernie na propozycje. Wręcz przeciwnie - próbując dać szanse losowi, zamieścił w Internecie ogłoszenie: „Doświadczony autor niedrogo napisze pierwsze zdania powieści. Przykład: Nad oszronione świtem andaluzyjskie szczyty, których spokój zagłuszały tylko rytmiczne kroki niemłodych już kobiet zmierzających na targ, wzleciał niespieszny sztylet sępów poprzedzony oszałamiającym diademem synogarlic". No i proszę - jak szybko można zacząć odcinać kupony od własnego sukcesu, który jeszcze nawet nie nastąpił.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (39) | dodaj komentarz

Inteligenckie Zabawy Towarzyskie – "Gdybym był, to bym się dziwił"

poniedziałek, 21 czerwca 2010 9:03

Panie Marszałku, Wysoka Izbo. Wnoszę o natychmiastowe dodanie do art. 45 ustawy z dnia 20 czerwca 1997 „Prawo o ruchu drogowym", punktu w brzmieniu: „Kierującemu pojazdem zabrania się podczas jazdy słuchania radia, a w szczególności audycji..."

Lista audycji, których słuchania należałoby zabronić, mogłaby być załącznikiem do ustawy. Mam kilka propozycji. Na jedną z nich trafiłem przypadkowo kilka dni temu. W ciągu pół godziny, w trakcie jazdy, przeszedłem trzy krótkie utraty przytomności. Oczywiście ktoś pomyśli, że chodzi o audycje komitetów wyborczych, o spory polityczne. Nie, to była audycja muzyczna, prezentująca stare polskie piosenki. Pierwszy raz utraciłem przytomność, kiedy po krótkim wstępie, po powitaniu ze słuchaczami, prowadzący powiedział:

- A teraz Olgierd Buczek zaśpiewa trzy piosenki. Będą to w kolejności: „Wieczorna fajka", „Hanka" i „Niebieski gil".


O czym były dwie pierwsze - nie wiem, ocknąłem się dopiero przy trzeciej, ale też tylko na chwilę, bo kiedy w „Niebieskim gilu", nostalgicznej piosence o miłości, usłyszałem następujące słowa:

„Na pewno nie myślisz już o mnie,

 Nie ciebie już mi brak,

 Chcę tylko sobie przypomnieć

 Jak śpiewa twój niebieski ptak..."

znowu wpadłem w taki stan, że gdybym miał podłączone jakiekolwiek urządzenie rejestrujące funkcje życiowe, zapaliłyby się wszystkie możliwe kontrolki alarmowe. A to nie koniec. Pan Olgierd zaśpiewał jeszcze w tej samej audycji „Piosenkę Stacha Matysiaka", która spowodowała kolejną zapaść mojego organizmu. Nie muszę chyba dodawać, że wszystkie trzy zapaści, to zapaści z zachwytu dla ludzkiej myśli zawartej w tekstach piosenek - niebezpieczne dla uczestników ruchu drogowego, ale dodające barw naszej szarej rzeczywistości. No więc w jednej ze zwrotek „Piosenki Stacha Matysiaka" padają następujące słowa:

„Gdybym był w Wenecji, pewnie

 Pływałbym gondolą tam,

 Na gitarze grałbym rzewnie,

 Dziwiąc się jak pięknie gram".


Ten zachwyt, w który wpadłem, pchnął mnie do wymyślenia zasad nowej inteligenckiej zabawy towarzyskiej. Świetna propozycja na nadchodzące wakacyjne wieczory. Gra się nazywa „Gdybym był, to bym się dziwił". Liczba graczy dowolna, czas również. Siedzimy w kółku i po kolei wymyślamy wiersze zgodnie z powyższym wzorem. Czyli najpierw pada nazwa miasta, potem czynności, którą byśmy wykonywali i fakt zadziwienia wykonywaniem tej czynności. Przykład:

„Gdybym był w Paryżu, wysoko

 Wieże zwiedzałbym wielgachne,

 Pachniałbym Szanelem Koko,

 Dziwiąc się jak ładnie pachnę"

albo

„Gdybym był w Jastarni, plaża,

 Zwiedzałbym wojenną twierdzę,

 Potem w czymś bym się wytarzał,

 Dziwiąc się, że trochę śmierdzę".


Kilka dni temu przetestowałem zabawę podczas „Satyrykonu" w Legnicy. Sprawdza się. Na propozycje opisania wierszem „Gdybym był, to bym się dziwił" dwóch miast: Legnicy i Złotoryi, odpowiedziałem utworem:

„Gdybym był w Legnicy, z Frankiem,

 Strasznie bym się z nim upijał,

 Po czym dziwiłbym się rankiem,

 Że to Złotoryja".

Wygrywa osoba, która swoim zdziwieniem najbardziej zadziwi innych uczestników zabawy. Rozgrywki kończy wspólne odśpiewanie hymnu na cześć młodości:

„Tak szybko nam umyka świat,

 Będzie nam żal młodości chwil,

 Zostaną nam za parę lat:

 Wieczorna fajka, Hanka i Niebieski gil".


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (34) | dodaj komentarz

Świnią i bawołem

środa, 16 czerwca 2010 16:10

O, proszę: „Kochankowie przyłapani na cudzołóstwie muszą zapłacić surową karę: cztery bawoły i jedną świnię - zasądził sąd w dystrykcie Penampang na Borneo". Taką wiadomość wydarłem z jakiejś gazety i od kilku miesięcy nie mogę się pozbyć myśli, że jakoś trzeba ten pomysł twórczo wykorzystać. Najlepiej wprost - zasugerować naszemu Ministerstwu Sprawiedliwości wymianę doświadczeń z władzą sądowniczą dystryktu Penampang. Wysłać z wizytą kilku polskich sędziów, żeby zorientowali się jakie są przeliczniki i zasądzać kary w postaci bawołów i świń. Wyrok, w którym zasądzane byłyby świnie miałby dodatkowo wymiar symboliczny. Jakież by to było wymowne, gdyby na przykład sądy w trybie wyborczym karały tak sztaby poszczególnych kandydatów na prezydenta, a w rankingach publikowanych w mediach, oprócz aktualnego stopnia poparcia pojawiałaby się liczba zasądzonych świń. Część świń (nie pomijamy bawołów, też niech będą zasądzane) szłaby na Skarb Państwa, część na rzecz poszkodowanych. Podejrzewam, że wprowadzenie tego systemu kar mogłoby również odciążyć nasz wymiar sprawiedliwości od spraw błahych. Ktoś by się dwa razy zastanowił, czy warto wnosić sprawę o rozwód, jeśli zamiast męża dostanie się bawołu (a ma się już trzy, bo to nie pierwsze małżeństwo). No chyba, żeby dla podniesienia uciążliwości kary obowiązek hodowania zasądzonego zwierzęcia przerzucić na skazanego. I na przykład informować, że „Nakłada się na oskarżonego karę hodowli trzech świń przez okres dwóch kadencji".


Oczywiście system ten należałoby skonsultować z Ministerstwem Rolnictwa i dostosowywać do potrzeb naszej gospodarki. W grę może wchodzić również drób, a może nawet uprawa warzyw? Może dojść do sytuacji, że będziemy mieli nadwyżki zwierząt hodowanych za karę. Wtedy  można próbować załatwić nimi niedostatki w służbie zdrowia, oświacie. Jak? A podarować lekarzowi albo nauczycielce krówkę, prosiaczka, kurkę. Może są tacy, którzy chcieliby? Bawołami płacić za transfery w klubach piłkarskich i występy kadry futbolowej?


Może takie pomysły wpadają mi teraz do głowy, bo od najmłodszych lat miałem do czynienia ze zwierzęciem osadzonym w niezwykłych okolicznościach. Edukację zaczynałem w małej wiejskiej szkółce w Bieszczadach. I proszę sobie wyobrazić, że nasza polonistka przyprowadzała ze sobą do szkoły (przysięgam)... krowę. Mućka czy też Krasula (nie pamiętam jak naprawdę, ale krowa polonistki nie może się chyba tak pospolicie nazywać - więc może Laura albo Izolda) podczas lekcji była zakotwiczona obok szkolnego boiska i w sposób naturalny przycinała trawę. Wszyscy na tym zyskiwali - Laura pożywienie, szkoła nie musiała płacić za utrzymanie murawy. Naturalne przejawy pobytu Izoldy w okolicach boiska nie ograniczały się do wykaszania trawy, ale zostawmy ten niemiły wątek. W każdym razie nikomu to nie przeszkadzało, powstawały nawet wiersze:


Przed wszystkimi, przede wszystkim

Krowa naszej polonistki,

Naturalnie, czysto, zdrowo,

Wołacz: O! Krowo!

O! Krowo! O! Lauro! Kark twój pochylon

Bo nie przypuszczasz nawet, że

Już tu się zbliża namiętny Filon

Pana od ZetPeTe".

No dobrze, wtedy takie wiersze nie powstawały, wymyśliłem go teraz oszołomiony wspomnieniem z dzieciństwa.


Ale wracając do rzeczy - zastanawiam się, czego my moglibyśmy w zamian nauczyć sędziów z dystryktu Penampang na Borneo? Może pokazać im jak długo może trwać średnio skomplikowany proces albo wpis do księgi wieczystej?


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (77) | dodaj komentarz

sobota, 27 maja 2017

Licznik odwiedzin:  5 613 253  

Polecamy



Tym razem do prześmiesznych rozmów na pełnych prawach włącza się trzecia wybitna postać - Wojciech Karolak. Słynny jazzman, podpytywany przez dociekliwego Andrusa, barwnie opowiada o małżeństwie z Czubaszek, a jest to związek nie zawsze zgodnych indywidualistów!

"Nowy album „Piłem w Spale... I co dalej?" to zapis koncertu, który odbył się rok temu w Warszawie, w Teatrze Syrena. Był to nie tylko wieczór koncertowy, ale również wydarzenie towarzyskie - Andrus zaprosił na scenę przyjaciół: Marię Czubaszek, Hannę Śleszyńską, Andrzeja Poniedzielskiego, Grupę MoCarta, Chór Collegium Musicum Uniwersytetu Warszawskiego i muzyków, z którymi stale współpracuje - Łukasza Borowieckiego, Wojciecha Steca i Pawła Żejmę.


"Książka zawiera osiem zabawnie ilustrowanych bajek o charakterze satyrycznym, przeznaczonych zarówno dla dzieci (5-7-letnich), jak i dla dorosłych. Bajki w satyryczny sposób przedstawiają cechy i przypadłości ludzkie, ujawniające się w wieku dziecięcym, z którymi borykamy się do późnej starości, np. brak tolerancji, brak życzliwości, egocentryzm, chciwość itp. Bajki zawierają przesłanie czytelne dla obu grup odbiorców. Do książki dołączona płyta z bajkami nagranymi częściowo przez autora."


"Blog osławiony między niewiastami" to nie tylko papierowy wybór najlepszych i najśmieszniejszych tekstów z jego bardzo popularnego bloga internetowego, ale także swoiste „Dzieła wybrane”.


"Myśliwiecka" zawiera piosenki Artura Andrusa zaśpiewane przez samego Autora. Są to głównie utwory kabaretowe, pisane do programów telewizyjnych i na potrzeby występów estradowych.


Rozmowa dwóch wybitnych osobowości polskiej sceny kabaretowej – Artur Andrus wnikliwie przepytuje Marię Czubaszek z jej twórczości oraz burzliwego życia towarzyskiego i rodzinnego.

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Bloog pod patronatem Nieformalnego Stowarzyszenia Umiarkowanego Ograniczania Nadmiaru Wolności w Internecie (NSUONWwI)

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl