Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 200 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Dogasający grill

poniedziałek, 27 czerwca 2011 10:38

W Darmstadt istnieje instytucja, z której nazwą ma problem większość polskich mediów. Po niemiecku nazywa się „Deutsches Polen Institut”, u nas trafiłem już na następujące tłumaczenia: „Niemiecki Instytut Kultury Polskiej”, „Niemiecki Instytut Spraw Polskich”, „Instytut Niemiecko – Polski” oraz – tę nazwę zobaczyłem kilka dni temu w gazecie i ona mnie najbardziej cieszy – „Niemiecki Instytut Polski”. Nie ukrywam, że cieszy mnie głównie ze względu na polski skrót powstający po zestawieniu ze sobą pierwszych liter tych trzech wyrazów. I oczywiście natychmiast zacząłem wymyślać kolejne nazwy dla nieistniejących, ale możliwych instytucji.  „Polski Instytut Turecki” (PIT), „Czeski Instytut Tunezyjski” (CIT), „Polski Ewentualnie Słowiański Ekwiwalent Lichtensteinu” (PESEL).


Fakt, że zaczynam zajmować się głupotami w stylu wymyślania skrótów nazw instytucji, które miałyby jakiś związek z systemem podatkowym w Polsce świadczy jednoznacznie o rozpoczęciu sezonu wakacyjnego. Już wymyślam zajęcia na długie wakacyjne wieczory, które mogłyby odwieść współtowarzyszy mojego wypoczynku od grania na gitarze strojonej jeszcze w fabryce i śpiewania „czegoś, co wszyscy znają”, czym najczęściej okazuje się „A wszystko te czarne oczy, czarny chleb, czarna kawa…”


Skrótami długo nie pociągnę. Jeden wieczór. To może na drugi zaproponuję wymyślanie rymowanych haseł ostrzegawczych dla przedstawicieli różnych zawodów. Na przykład: „Kuśnierz! Bo uśniesz!”, „Lekarz! Bo się doczekasz!”, „Rymarz! Bo w twarz otrzymasz!”, „Grabarz! Bo sobie nagrabisz!”. Ostatnie się nie rymuje, ale tak jest związane z charakterem zawodu, że odpuściłbym rym na rzecz trafności ostrzeżenia.


Trzeci wieczór to będą nieznane wiersze różnych poetów. Ja już zacząłem. Na gali Festiwalu „Dwa Teatry” w Sopocie wygłosiłem kilka wierszy z nieopublikowanego dotychczas tomiku „Wyspiański 2011”.


„Niech powieją dla potomnych

 Lepsze od tych naszych wiatry,

 Teatr mój widzę ogromny!

 A nawet Dwa Teatry!”


A do sesji wakacyjnej mam przygotowany taki:


„ Poezjo precz!!! Jesteś tyranem!!

 Szlachetnych zżarłaś już tylu!

 Do tego wniosku doszliśmy z Marianem

 Przy dogasającym grillu”.


„Dogasający grill” brzmi na tyle niepokojąco, że powinien często pojawiać się w wierszach. Nie tylko w tych nieznanych, rzekomo pisanych przez Wyspiańskiego. Zbiorę je we wspólny tomik „Na stację benzynową i z powrotem” i wydam jako pamiątkę po lecie 2011.


„Niemy świadek tamtych chwil,

 Dogasający grill”.

Albo weselej, na ludową nutę:

„Szumi hen zielona trawa,

Hop dziś dziś, hop sa, sa,

 Maryś jeszcze całkiem żwawa

 A Jaśkowi grill dogasa”.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (24) | dodaj komentarz

Pompowany smok

poniedziałek, 20 czerwca 2011 8:41

Motto - tyle, że nijak mające się do tekstu poniżej: „Wszystko jest dla ludzi. Nawet karma dla psów” (Wujek Marek w rozmowie z ciocią Haliną, odpowiadając na pytanie „Gdzie ta puszka?”)


Pompowany smok


Zbliżająca się wielkimi krokami kanikuła – pora beztroskiej radości, utrwalonej na jakiś czas ochoczą opalenizną, która w słotne wieczory będzie jakoby krzyczeć: „Było lato!”… Przepraszam, to efekty pisania kiczowatych powieści typu „Żałuj Marleno”. Można prościej:

 

Wakacje, które niewątpliwie są jednym z przyjemniejszych fragmentów ludzkiego życia, niosą ze sobą również małe troski. Jedną z tych moich wakacyjnych trosk, jest zakup prezentów dla bliskich. Jeśli bliscy są razem ze mną na wakacjach, troski nie ma – kiedy słyszę: „O, jaki śliczny pierścionek z delfinem!”, kupuję i mam z głowy. Na bezczelne „Wujek, kupisz pompowanego smoka?”, mogę równie bezczelnie odpowiedzieć: „W pierwszym tygodniu urlopu kupiłem ci dziewięćdziesiąt sześć gofrów, że o rurkach z kremem nie wspomnę. Sam jesteś pompowany smok, to po co ci jeszcze jeden?”.


Gorzej, jeśli bliscy są daleko. To znaczy, że wypoczywam w gronie obcych, obojętnych mi ludzi, z którymi bardzo miło mi się spędza czas, i w ostatnim dniu turnusu, wyrywając się z objęć Jolanty, która trzymając w zębach hawajskie kwiaty, już ósmą godzinę tańczy ze mną przytulaną wersję „Zorby”, biegnę do nocnego sklepu z pamiątkami, bo przypomniałem sobie, że tak naprawdę, to ja bardzo tęsknię za tymi, którzy zostali w domu. No i wyraz tęsknoty powinien przybrać jakąś materialną postać. I tutaj się zaczyna koszmar! Bo przecież wiem, że wszystkie piasko – muszelko – żaglowco – kotwico – butelki wylądują w koszu, albo w zakamarkach piwnicy. Że nikt z moich bliskich nie będzie nosił jesienią kapelusza z napisem: „Ale Jaja! Mielno 2011”, albo koszulki z zapewnieniem: „W pewnym sensie jestem ratownikiem. Chociaż pływać nie umiem. Przyjdź dzisiaj wieczorem do mojego namiotu, a sama się przekonasz laleczko. Rewal 2011”.


                Pewnym ułatwieniem mogą być w tym przypadku pasje. I nawet, jeśli się ich nie ma, dla ułatwienia życia innym, powinno się je wymyślić. Parę dni temu usłyszałem w radiu pana, który z każdej swojej podróży przywozi dzwonki. Porcelanowe, drewniane, metalowe. I cieszy się, kiedy dzwonki dostaje w prezencie od znajomych. No! I czy to nie mogłoby być tak, że brat jest szczęśliwy, że po każdej mojej podróży dostaje dzwonek? A ojciec lokalne, nieaktualne czasopisma? A mama przyprawy? Wiem, że w Mielnie kupiłbym pewnie takie same, jakie mama kupiłaby sobie sama w Sanoku, ale liczy się sam fakt pamięci i radość otrzymania kolejnego egzemplarza pieprzu ziarnistego do kolekcji. Dobrze byłoby też, żeby ktoś kolekcjonował takie małe buteleczki szamponu i płynu do kąpieli, hotelowe igielniki i długopisy, chusteczki odświeżające i ciastka różnych linii lotniczych i kolejowych.


Tylko uwaga! Pomysł kolekcjonerski powinien być w miarę ogólny. Nie należy wymyślać utrudniających szczegółów. Bo co mi z tego, że ktoś zbiera figurki słonia, jeśli od razu zaznaczy, że to musi być pomarańczowy słoń z trąbą, która dotyka lekko uniesionej lewej tylnej nogi? I koniecznie musi mieć przymkniętą prawą powiekę. Albo model lokomotywy, ale pod warunkiem, że to będzie rumuński parowóz produkowany do 1934 roku z dodatkową węglarką, na której widać ślady po pociskach niemieckich karabinów maszynowych z 1944 roku układające się w literę „Z” jak „Zorro”.


                Ze mną mają łatwo. Wiedzą, że największą radość sprawią mi przywożąc z wakacji ważny i wymienialny na złotówki banknot dowolnego banku centralnego, dowolnego kraju. Kolekcjonuję banknoty o najwyższych nominałach. Z wakacji na Mazurach, nad Bałtykiem czy w Tatrach, mogą oczywiście przywieźć coś wyemitowanego przez Narodowy Bank Polski. Liczy się pamięć.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (37) | dodaj komentarz

Garsonka "Aluminiowe Felgi"

wtorek, 14 czerwca 2011 9:54

Samochody dzielę na dwie grupy, kierując się tylko jednym kryterium. Na te, które jeżdżą i te, które nie jeżdżą. Kiedyś byłem właścicielem kilku z drugiej grupy. Oczywiście uroczy pan sprzedawca giełdowy, który ze względu na warunki fizyczne, mógłby po godzinach dorabiać jako pozorant w telewizyjnych magazynach kryminalnych, za każdym razem zapewniał mnie, że:

- trzy lata od pierwszej rejestracji,

- pierwszy właściciel,

- garażowany,

- kupiony w salonie,

- nie bity.

Po jakimś czasie okazywało się, że prawie wszystko się zgadza, tyle tylko, że:

- trzy lata minęły od odnalezienia pierwszej rejestracji w czasie wykopalisk archeologicznych w okolicach Gizy,

- pierwszy właściciel zginął w porachunkach mafijnych, drugi siedzi za kradzieże samochodów,

- garażowany był na parkingu policyjnym, skąd został ponownie skradziony, a potem

- kupiony w salonie gier hazardowych pod Dreznem,

- bity.

Osobom niezorientowanym w terminologii motoryzacyjnej wyjaśnię, że „bity” to znaczy, że miał stłuczkę albo uczestniczył w niegroźnym wypadku. Przez jeden z moich „nie bitych” samochodów musiało przejść tsunami zrzucając na jego maskę transportowy samolot wojskowy wypełniony czołgami. Ale o tym dowiedziałem się dopiero wtedy, kiedy chciałem go sprzedać. Dowiedziałem się od uroczego pana kupca giełdowego, który ze względu na warunki fizyczne, po godzinach dorabiał w telewizyjnych magazynach kryminalnych. Pamiętam go z odcinka „Giełda moja matka”.

Po paru dniach używania właśnie zakupionego samochodu, pojawiałem się po raz pierwszy na podwórku u pana Henia. A potem to moje cudo dopychałem tam tak często, że w końcu zacząłem się zastanawiać nad wynajęciem pokoju w tym zakładzie mechanicznym. Po kilku takich przygodach postanowiłem zainwestować i kupić samochód, który jeździ. Od tego czasu w ogóle przestałem się interesować motoryzacją, natomiast z zaciekawieniem obserwuję, jaki ma ona wpływ na innych ludzi. Telewizja pokazała relację z wystawy, na której zaprezentowano nowy model luksusowego auta. Chwalił popularny aktor, wszyscy bili brawo, kiedy ściągnięto z niego pałatkę osłaniającą (z samochodu, nie z aktora). A potem na wybiegu przed tym cudem techniki pojawiły się zabójczo piękne modelki w intrygujących strojach. Najpierw pomyślałem, że to już inna impreza, że w związku z hasłem „tanie państwo” tego typu widowiska będzie się teraz łączyło. Najpierw prezentacja samochodu, potem pokaz mody, następnie spotkanie autorskie z wybitnym poetą i konferencja prasowa związków zawodowych pracowników sfery budżetowej. Ale gdzie tam! Po chwili na ekranie pojawiła się słynna projektantka, która wyjaśniła, że to nie jest przypadek. Że do stworzenia tych strojów zainspirowała ją jazda tym samochodem. Stąd taka „dynamiczna kolekcja”. Pani projektantka nic na ten temat nie powiedziała, ale mam nadzieję, że również obsługa techniczna stanie się inspiracją dla kolejnych projektów. I powstaną kolekcje: płaszczy („Wymiana Oleju - jesień – zima”), sukienek („Czyszczenie Klimatyzacji - wiosna – lato”), galanterii skórzanej („Pasek Klinowy 2012”).

Od razu wyobraziłem sobie jak wyglądałby pokaz mody,  który ktoś stworzyłby po przejechaniu się moim poprzednim autem. Na wybiegu pojawiłby się wiekowy, łysy facet w dziurawym garniturze w kolorze rdzy. Strasznie by mu w stawach skrzypiało podczas marszu, a szedłby na sztywnych nogach, bo pan Henio z braku oryginalnych wstawił amortyzatory od Wartburga. W ustach trzy papierosy, bo mój „nie bity” strasznie dużo palił.

            Z lekkim niepokojem patrzę na ludzi, których inspiruje do tworzenia jazda samochodem i na tych innych, którzy ogłaszają całemu światu, jakie to niezwykłe wydarzenie kulturalne. Wychodzi na to, że dawniej było lepiej. Taki Mickiewicz nie musiał się naginać do komercyjnych zamówień i pisać:

„Że słyszałbym głos z Litwy. – Jedźmy, nikt nie woła,

  Sunie gładko bryczka z kratką

  Na gumowych kołach”


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (25) | dodaj komentarz

niedziela, 19 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  5 882 072  

Polecamy



Tym razem do prześmiesznych rozmów na pełnych prawach włącza się trzecia wybitna postać - Wojciech Karolak. Słynny jazzman, podpytywany przez dociekliwego Andrusa, barwnie opowiada o małżeństwie z Czubaszek, a jest to związek nie zawsze zgodnych indywidualistów!

"Nowy album „Piłem w Spale... I co dalej?" to zapis koncertu, który odbył się rok temu w Warszawie, w Teatrze Syrena. Był to nie tylko wieczór koncertowy, ale również wydarzenie towarzyskie - Andrus zaprosił na scenę przyjaciół: Marię Czubaszek, Hannę Śleszyńską, Andrzeja Poniedzielskiego, Grupę MoCarta, Chór Collegium Musicum Uniwersytetu Warszawskiego i muzyków, z którymi stale współpracuje - Łukasza Borowieckiego, Wojciecha Steca i Pawła Żejmę.


"Książka zawiera osiem zabawnie ilustrowanych bajek o charakterze satyrycznym, przeznaczonych zarówno dla dzieci (5-7-letnich), jak i dla dorosłych. Bajki w satyryczny sposób przedstawiają cechy i przypadłości ludzkie, ujawniające się w wieku dziecięcym, z którymi borykamy się do późnej starości, np. brak tolerancji, brak życzliwości, egocentryzm, chciwość itp. Bajki zawierają przesłanie czytelne dla obu grup odbiorców. Do książki dołączona płyta z bajkami nagranymi częściowo przez autora."


"Blog osławiony między niewiastami" to nie tylko papierowy wybór najlepszych i najśmieszniejszych tekstów z jego bardzo popularnego bloga internetowego, ale także swoiste „Dzieła wybrane”.


"Myśliwiecka" zawiera piosenki Artura Andrusa zaśpiewane przez samego Autora. Są to głównie utwory kabaretowe, pisane do programów telewizyjnych i na potrzeby występów estradowych.


Rozmowa dwóch wybitnych osobowości polskiej sceny kabaretowej – Artur Andrus wnikliwie przepytuje Marię Czubaszek z jej twórczości oraz burzliwego życia towarzyskiego i rodzinnego.

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Bloog pod patronatem Nieformalnego Stowarzyszenia Umiarkowanego Ograniczania Nadmiaru Wolności w Internecie (NSUONWwI)

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Pytamy.pl