Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 200 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

W ciepłym i bez kurzu

czwartek, 27 czerwca 2013 12:50

Babcia Stenia mówiła, że najważniejsze to pracować „w ciepłym”. Miała nadzieję, że zostanę portierem w którymś z domów wypoczynkowych Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Turystycznego „Bieszczady” w Solinie, a jak się nie uda, to palaczem centralnego ogrzewania. Ważne, żeby „w ciepłym”. W sumie się powiodło, w radiu grzeją od jesieni do wiosny, występuję zazwyczaj w ogrzewanych salach, często pozbawionych klimatyzacji, więc pod tym względem osiągnąłem sukces.

 

Pomyślałem, że babcia Stenia nie mogła być jedyną, która swojemu potomkowi doradza, czym ma się zająć w przyszłości. Opisał to Andrzej Waligórski w tekście „Wybór”:

 

Hej, okrzyki brzmią wesołe,
Wszyscy dyskutują dzielnie,
Bowiem Kazio skończył szkołę
I ma wstąpić na uczelnię!

 

A któż lepiej mu doradzi
Wybór studiów i zawodu,
Od doświadczonego dziadzi,
Który jest nestorem rodu?...

 

Efekty tego radzenia były zaskakujące. Po spożyciu dwóch litrów nalewki, dziadzio odwiódł wnuka od stomatologii, chemii i polonistyki, a namówił na studia w korpusie carskich paziów.

 

Dyskusje rodzinne na temat przyszłości dzieci, wnuków, siostrzeńców, bratanków, ocierają się nawet o kwestie religijne czy ideologiczne. Moja znajoma wiele lat temu zaczęła studiować socjologię, czym naraziła się na gniew jednej z ciotek, która skarżyła się proboszczowi, że „Ta Krysia… Z takiej porządnej katolickiej rodziny… A na socjalistykę poszła…”.

 

Postanowiłem przeprowadzić badania. Zapytałem słuchaczy mojej audycji o to, kto i jakich argumentów używał, doradzając lub odradzając im wybór jakiegoś kierunku studiów. Oto efekty:

 

Karola:  Rodzice z wielką trwogą  starali się odwieść mnie od zamiaru studiowania na Akademii Sztuk Pięknych, przekonując, że po takich studiach to życie ciężkie i w ogóle rozpacz. Próbowali mnie namówić na studiowanie architektury, argumentując, że „przecież tam też się rysuje”.

 

Katarzyna: Podobno, kiedy ojciec wybierał mi imię, dobierał je do tytułu "doktor habilitowany". W ten sposób od najmłodszych lat wiedziałam, że moim przeznaczeniem jest kariera naukowa. Dzisiaj jestem studentką drugiego roku studiów doktoranckich, a zawsze gdy odwiedzam rodzinne strony, dziadek pyta, kiedy wreszcie będę się haLIbitować :).

 

Pani Katarzyna nie napisała, jakiej specjalności jest naukowcem, ale gdyby na przykład zajmowała się ichtiologią, to może haLIbitowałaby się z „Habitatu i halucynacji halibuta”? Ale cytujmy dalej:

 

Marcin:  Ojciec mojego przyjaciela radził mu: „Synu, ty ucz się na archeologa albo ginekologa...Ale lepiej na ginekologa, bo się nie kurzy".

 

Nina:  Mój tata powiedział mi tylko, że jeśli pójdę na studia do Opola (mieszkam w miasteczku niedaleko), to mnie wydziedziczy. Na studiach mamy kosztować świata, a to na pewno się nie zdarzy zbyt blisko domu. 

 

Piotr: Jak już się dostałem na stomatologię, dziadek Józek popatrzył na mnie z politowaniem i powiedział: "Coś ty zrobił dziecko? Trzeba było iść na księdza, miałbyś dużo kobit, dużo pieniędzy i najważniejsze - spokój z małżeństwem".

 

Kilka z cytowanych wyżej rad bardzo do mnie przemawia. Można je sobie komponować w dowolne zestawy: „Idź dziecko na takie studia, żebyś potem pracowała w ciepłym, żeby się nie kurzyło i daleko od domu, bo wydziedziczę”. Na koniec jeszcze jedna prawdziwa opowieść, która świadczy o tym, że rodzicom, zanim poradzą coś swojemu dziecku, też czasem powinien ktoś poradzić. Najlepiej specjalista.

 

Grzegorz: To jest historia opowiedziana mi przez żonę, która jest psychologiem. Otóż miała pacjenta, siedemnastoletniego człowieka (młodzi ludzie też maja problemy). Był uczniem szkoły zawodowej o profilu „rzeźnik – masarz”. Jednym z jego problemów było to, że nie czuł się w tej szkole zbyt dobrze. Moja żona rozmawiała też z rodzicami chłopaka i zapytała o kryteria, jakimi kierowali się wybierając szkołę dla syna. I oto, co usłyszała w odpowiedzi:

- A bo on od małego zwierzątka lubił.


Podziel się
oceń
224
16

komentarze (53) | dodaj komentarz

Atmosfera gabinetu

czwartek, 20 czerwca 2013 12:26

Dyskryminacja dorosłych we współczesnym świecie widoczna jest na każdym kroku. Na przykład w medycynie. Przeczytałem artykuł „Odważnie do dentysty”. Dziennikarka rozmawia ze stomatolożką o tym, jak sprawić, żeby najmłodsi pacjenci nie bali się takich zabiegów. Oto fragmenty: „W gabinetach puszcza się dzieciom filmy na DVD. Niektóre zapominają o bożym świecie i nawet nie czują ukłucia podczas znieczulenia… Warto przyprowadzić dziecko wcześniej, zanim coś zaboli, tak żeby oswajało się z atmosferą gabinetu…”. A dlaczego niby tylko dziecko? Co stoi na przeszkodzie, żeby wycieczki do najbliższego stomatologa organizowały dorosłym działy socjalne zakładów pracy?  Zamiast wyjazdu na grzybobranie? Albo w ramach. Najpierw do lasu, a w drodze powrotnej… Nie, tak się nie uda. Na tego typu wycieczkach w drodze powrotnej wszyscy już spontanicznie „zapominają o bożym świecie”. Zatem trzeba to zrobić na samym początku. W drodze na grzyby autokar zatrzymujemy przed gabinetem dentysty i oswajamy się z „atmosferą gabinetu”. A właśnie – kto ma ją tworzyć? Stomatolog niech się zajmie leczeniem, ciężar tworzenia dobrego klimatu wizyty przerzucić na asystentkę lub asystenta. Powinni to być zwycięzcy regionalnych szczebli wyborów miss i mistera. Pacjent na podstawie zdjęć wywieszonych w poczekalni powinien mieć prawo wyboru asystentki lub asystenta. I dlaczego w żadnym z gabinetów nie zaproponowano mi dotychczas czegoś na DVD? Mój dentysta włącza co najwyżej radio i słucha debat politycznych, od których jeszcze bardziej zęby bolą. A ja bym wolał coś obejrzeć. To może być to samo, co pokazuje się najmłodszym pacjentom, ja jestem dość dziecinny. Najchętniej przypomniałbym sobie na fotelu dentystycznym bajki z mojego dzieciństwa. Chociażby odcinek „Reksia”, w którym pana boli ząb i próbuje wszelkimi możliwymi sposobami go wyrwać, na przykład przywiązując jeden koniec sznurka do szczęki, drugi zahaczając o zderzak Fiata 126p. I oczywiście zderzak Fiata 126p odpada, a ząb zostaje na miejscu, to znaczy w szczęce. O właśnie – dla dużych chłopców może być też na DVD pokazywane coś z motoryzacji. A najlepiej łączyć te tematyki – najnowocześniejsze wiertarki diesla z napędem na cztery koła oraz podgrzewane fotele skórzane dla dentysty i pacjenta plus poduszki powietrzne dla pasażera (czyli żony, która przyprowadziła męża na zabieg).

Gabinety stomatologiczne mogłyby tutaj skorzystać z doświadczeń zakładów fryzjerskich i kosmetycznych, w których tego typu elektroniczne „odwracacze uwagi” wykorzystuje się już od jakiegoś czasu. I to bez dyskryminowania dorosłych. Widziałem takie małe ekrany, na których pokazywały się horoskopy, zapowiedzi kulturalne, plotki, a przy okazji reklamowano środki do pielęgnacji włosów. No to u dentysty – podrzucam kilka pomysłów: notowania giełdowe „Ząb za ząb”, recenzje teatralne „Górna szóstka”, zaproszenie do kina na horror „Ząbi z ulicy Trzonowej”, sensacje z życia celebrytów „Ząb zupa dąb zupa ząb” (tytuł zaczerpnięty od Jeremiego Przybory).

Nie dyskryminujcie dorosłych! Nam też się coś od życia należy! Czy to nasza wina, że trzydzieści parę lat temu nie było jeszcze DVD? I co najwyżej próbowano nieudolnie odwracać uwagę od bolesnego zabiegu wyblakłą, żółtą, świszczącą gumową kaczuszką i, dzisiaj już na szczęście niedopuszczalnymi, wyrażeniami typu: „A cio to? A kuku!”. Niech wreszcie hasło „Ciesz się życiem, walcz z próchnicą!” nabierze prawdziwego sensu również dla nas – pokoleń odchodzących w mgłę systemu ubezpieczeń społecznych. A zwyczaj odwiedzania lekarzy i oswajania się z „atmosferą gabinetu” zanim coś się wydarzy, rozszerzyłbym na wszystkie specjalności. Do patologa włącznie. 


Podziel się
oceń
194
17

komentarze (91) | dodaj komentarz

Bieszczadzki Striptiz Wolności

środa, 12 czerwca 2013 12:59

W drugiej części pracy Krzysztofa Potaczały „Bieszczady w PRL-u” znalazłem opis batalii o utworzenie „studenckiej wioski skansenowej” w dolinie Łopienki. W skrócie – pasjonat, historyk sztuki i miłośnik bieszczadzkiej przyrody, wpada na pomysł utworzenia pod auspicjami socjalistycznej organizacji studenckiej czegoś na kształt skansenu. Chce ściągnąć parę starych chat, niszczejących cerkwi, myśli o jakimś spichrzu. A wszystko po to, żeby ocalić fragmenty historii tego terenu i jego przyrodę (wioska ma być pozbawiona elektryczności, kanalizacji, ma być jak najściślej chroniona przed zdobyczami cywilizacji). Komunistyczna władza od razu czuje w tym jakiś szwindel, podejrzewa chęć „odradzania ukraińskości” tych terenów, działanie „elementów antysocjalistycznych i bliskich Kościołowi katolickiemu”. Akurat wymieniony wyżej zestaw zagrożeń dla ludowego państwa w ogóle mnie nie zdziwił, bo „nacjonalizmy”, „antysocjalistyczność” i „katolickość” były często i przy różnych okazjach wykorzystywanymi w tamtych czasach hasłami. Ale wśród dokumentów dotyczących walki z pomysłem „studenckiej wioski skansenowej”, Krzysztof Potaczała cytuje również notatkę funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa, a w niej taki oto fragment przekonujący władze, że zgoda na utworzenie czegoś takiego, to jednak zły pomysł: „Brak odpowiednio opracowanego programu budzi niebezpieczeństwo, iż oddalona od siedzib ludzkich, a tym samym pozbawiona społecznej kontroli >wioska< może się stać ośrodkiem nieodpowiednich wybryków w rodzaju seansów narkotycznych, striptizu itp…”.

 

Na lekcjach historii powinno się uczniom zadawać pytanie: „Co funkcjonariusz miał na myśli?”. Po kolei. Czy jeżeli istniało zagrożenie, że wioska stanie się ośrodkiem „nieodpowiednich wybryków”, można wnioskować, że w tamtych czasach były również „odpowiednie wybryki”? I dlaczego za tak niebezpieczny dla socjalistycznego państwa został uznany striptiz? Czy gdyby to był striptiz „niepozbawiony społecznej kontroli”, odbywający się bliżej „siedzib ludzkich”, nie byłby aż tak niebezpieczny? Czy zagrożeniem była bliskość „siedzib nieludzkich”? Czyli na przykład zwierzęcych? Chodziło o to, żeby niedźwiedź, dzik i ryś nie zostały zdemoralizowane przez rozbierającą się kobietę? Na czym miałaby polegać „społeczna kontrola”? Czy taki striptiz najpierw musiałby być obejrzany przez Inspekcję Robotniczo – Chłopską albo cenzurę i zatwierdzony pieczątką „Dopuszczono do rozbierania”? W którym miejscu taka pieczątka byłaby przystawiana? Tak, żeby każdy uczestnik tego „seansu” od razu wiedział, że jest to „wybryk niepozbawiony społecznej kontroli”. I co, oprócz „seansów narkotycznych”, funkcjonariusz uznał za podobne do striptizu („itp.”)? Bo przypominam sobie podstawowy zestaw „nieodpowiednich wybryków” (gra w karty, spożywanie alkoholu, palenie papierosów) ale nic z tego podobne nie jest, chociaż można to łączyć.

 

Wiem, myślą sobie Państwo teraz, że czepiam się słów prostego esbeka. Owszem. Ale przede wszystkim chciałbym wiedzieć, jakie znaczenie dla odzyskania przez nasz kraj wolności miał striptiz? Bo wygląda na to, że duże. Jeśli bieszczadzki funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa pisze o nim w takim kontekście i ostrzega swoich zwierzchników? Prawie ćwierć wieku po upadku totalitarnego systemu można chyba już zadać kilka odważnych pytań: Ile z naszej wolności zawdzięczamy striptizerkom z tamtych czasów? Czy jakiekolwiek znaczenie dla tej sprawy miał kiełkujący dopiero ruch striptizu męskiego? Czy istniał striptiz reżimowy i antykomunistyczny? Czy gdybyśmy odważniej organizowali „ośrodki nieodpowiednich wybryków” i chętniej się rozbierali, socjalizm upadłby wcześniej? I czy w ustroju demokratycznym striptiz ma jeszcze jakiś sens? Czy ktoś z ważnych przynajmniej wydusił zwykłe „dziękuję”? Uścisnął dłoń, poprawił boa? Mam nadzieję, że tymi wszystkimi kwestiami zajmą się wreszcie historycy. A mną lekarz.


Podziel się
oceń
156
16

komentarze (60) | dodaj komentarz

niedziela, 19 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  5 881 983  

Polecamy



Tym razem do prześmiesznych rozmów na pełnych prawach włącza się trzecia wybitna postać - Wojciech Karolak. Słynny jazzman, podpytywany przez dociekliwego Andrusa, barwnie opowiada o małżeństwie z Czubaszek, a jest to związek nie zawsze zgodnych indywidualistów!

"Nowy album „Piłem w Spale... I co dalej?" to zapis koncertu, który odbył się rok temu w Warszawie, w Teatrze Syrena. Był to nie tylko wieczór koncertowy, ale również wydarzenie towarzyskie - Andrus zaprosił na scenę przyjaciół: Marię Czubaszek, Hannę Śleszyńską, Andrzeja Poniedzielskiego, Grupę MoCarta, Chór Collegium Musicum Uniwersytetu Warszawskiego i muzyków, z którymi stale współpracuje - Łukasza Borowieckiego, Wojciecha Steca i Pawła Żejmę.


"Książka zawiera osiem zabawnie ilustrowanych bajek o charakterze satyrycznym, przeznaczonych zarówno dla dzieci (5-7-letnich), jak i dla dorosłych. Bajki w satyryczny sposób przedstawiają cechy i przypadłości ludzkie, ujawniające się w wieku dziecięcym, z którymi borykamy się do późnej starości, np. brak tolerancji, brak życzliwości, egocentryzm, chciwość itp. Bajki zawierają przesłanie czytelne dla obu grup odbiorców. Do książki dołączona płyta z bajkami nagranymi częściowo przez autora."


"Blog osławiony między niewiastami" to nie tylko papierowy wybór najlepszych i najśmieszniejszych tekstów z jego bardzo popularnego bloga internetowego, ale także swoiste „Dzieła wybrane”.


"Myśliwiecka" zawiera piosenki Artura Andrusa zaśpiewane przez samego Autora. Są to głównie utwory kabaretowe, pisane do programów telewizyjnych i na potrzeby występów estradowych.


Rozmowa dwóch wybitnych osobowości polskiej sceny kabaretowej – Artur Andrus wnikliwie przepytuje Marię Czubaszek z jej twórczości oraz burzliwego życia towarzyskiego i rodzinnego.

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Bloog pod patronatem Nieformalnego Stowarzyszenia Umiarkowanego Ograniczania Nadmiaru Wolności w Internecie (NSUONWwI)

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Film

Pytamy.pl