Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 243 445 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Pod różne pokrycia dachowe

wtorek, 28 sierpnia 2012 13:46

W monotonnym życiu tak zwanego twórcy, są chwile prawdziwej radości. Właśnie takie przeżywam. Docierają do mnie sygnały autentycznego zainteresowania moją twórczością. A nie ma nic przyjemniejszego od świadomości, że coś, co się napisało, trafiło pod strzechy, papy, dachówki ceramiczne i cementowe, blachodachówki, gonty drewniane albo bitumiczne, wióry osikowe czy łupki mineralne… Dość! To nie ma być tekst edukacyjny o rodzajach pokryć dachowych… Nie ma nic przyjemniejszego od świadomości, że trafiło się do ludzi, do ich domów.

 

Koledzy z telewizji uszczęśliwili mnie dowodem na to, że moja twórczość dotarła nie tylko do ludzi stacjonarnie przebywających w domach, ale również do tych poruszających się. Ktoś nagrał grupę pielgrzymkową, która idzie i śpiewa moją piosenkę „Piłem w Spale, spałem w Pile”. To znaczy - śpiewa przeróbkę tej piosenki. Bez zmian pozostały: melodia i słowa „Heej, o heej”. Tekst zwrotek i reszta refrenu musiały być zmodyfikowane, bo przesłanie oryginału nie bardzo pasowało do przesłania treści prezentowanych w trakcie pielgrzymek. Niestety nagranie jest kiepskiej jakości technicznej, nie odszyfrowałem słów zwrotek, ale chętnie sam popracuję nad czymś a’propos. Może na początek tak:

 

Idą sobie polną drogą,

Tacy, którzy dużo mogą,

Dużo mogą znieść.

Idą chude, idą grube,

A na końcu ksiądz przez tubę

Śpiewa taką pieśń:

Nie dam rady już iść dłużej

Dzisiaj śpię na Jasnej Górze,

Hej, o hej,

Panie Marku, pani Gieniu,

Jutro państwo śpią w Licheniu,

Hej, o hej…

 

Wersja pielgrzymkowa „Piłem w Spale” przypomniała mi również o „inteligenckich zabawach podróżniczych” (proszę zajrzeć do wpisu z 23.03.2011). I tutaj kolejna radość – to nadal działa! Dostałem list od pani Dominiki z informacją, że jadąc pekaesem („Jestem żywym dowodem na to, że podróżowanie autobusami szkodzi zdrowiu psychicznemu…”) rozsyłała znajomym wiersze informujące o kolejnych etapach podróży, na przykład:

 

Mówiąc, że się nudzę jednak bym skłamała 

W lewo było Chyżne, w prawo Bielsko-Biała.

 

Pani Dominika kończy dramatycznym pytaniem: „…czy to aby nie jest jakaś jednostka chorobowa, to rymowanie? Bo na pewno jest zaraźliwe...”. Pani Dominiko, mam dobre wiadomości: to jest jednostka chorobowa i tego się nie leczy.

 

Skoro dzisiejszy tekst przyjął formę reakcji na listy, odwołam się do jeszcze jednego. Pan Mariusz pisze, że jest wiernym czytelnikiem bloga i jeszcze wierniejszym kibicem Olimpii Grudziądz. Nawiązując do tekstu sprzed tygodnia, w którym zachęcałem do pisania wierszy podtrzymujących na duchu kibiców różnych drużyn, pan Mariusz stwierdza (cytuję fragmenty):

 

„…Naturalną konsekwencją takiego stanu rzeczy była próba zmierzenia się z dwuwersem poświęconym ukochanemu klubowi. Lekko nie było ale powstał taki potworek:

 

Kiedy serce cicho chlipie,

Wstań i idźże na Olimpię.

 

I wtedy coś we mnie wezbrało, pękło i popłynęło szeroką strugą (wszystkie poniższe kluby są autentyczne i z mojej okolicy):

 

Kiedy życie Tobie da w kość,

Idź na Noteciankę Pakość,

Kiedy smutku w Tobie pełno,

Wspieraj Cukrownika Mełno,

Nic Cię wkoło nie zachwyca,

Patrz jak gra Sparta Brodnica…

 

Panie Arturze. Jest Pan odpowiedzialny za stworzenie nowego gatunku literackiego, coś jak „lepieje” i „odwódki” Noblistki. Proszę pomyśleć nad nazwą. Z wyrazami szacunku Mariusz z Grudziądza”.

 

Pierwsza nazwa, jaka wpadła mi do głowy, to oczywiście „orliki”, ale po pierwsze już zarezerwowana, po drugie mogłaby przeszkadzać w międzynarodowej karierze tego gatunku. Sugeruje kibicowanie wyłącznie „orłom”, czyli Polakom. A co, gdyby kibice z innych krajów chcieli wziąć w tym udział? Na przykład:

 

Życie drażni cię, jak płachta,

Rzuć to wszystko, idź na Szachtar,

Kiedy życie cię przydussi,

Przyjdź na stadion do Borussi…

 

Nad nazwą gatunku jeszcze pomyślę, spróbuję również opracować jakieś formalne zasady. Ale wciągnęło mnie po uszy. Od paru dni próbuję wymyślić coś związanego z nazwami drużyn, o których kilka lat temu poinformował mnie inny czytelnik. Chodzi o Swornicę Ciurex Czarnowąsy i Centralę Nasienną Proślice. Trudno jest. Rym się jeszcze znajdzie, ale rytm się gubi, jakoś niezgrabnie wychodzi:

 

Choć na ziemi straszne wstrząsy,

Chodź na Swornicę Ciurex Czarnowąsy…

 

Słabe! Siadam i piszę dalej. Trzeba być ambitnym. Zwłaszcza, jak się już jest klasykiem pielgrzymek, a dla pana Mariusza „coś jak Noblistką”. Szukam w Internecie jeszcze trudniejszych nazw i do roboty! Przy tej zacytowanej poniżej na chwilę straciłem przytomność:

 

Choćby wiatry w oczy wiały

Idź na Silesius Level One Kotórz Mały…

 


Podziel się
oceń
15
8

komentarze (122) | dodaj komentarz

Camp Nou

poniedziałek, 20 sierpnia 2012 10:33

Wszystko, co się teraz napisze na temat polskiego sportu, od razu będzie odczytywane jako złośliwość. Szczególnie drażliwym tematem jest gra polskiej reprezentacji futbolowej. Tymczasem ja, z prawdziwej sympatii i tęsknoty, zacząłem już przerabiać starą piosenkę:

Trzej przyjaciele z boiska

Wrócą tu w jednej sekundzie,

Zostawią swoje dziewczyny

W ciepłych mieszkaniach w Dortmundzie.

I będą wreszcie strzelali

W bramki zaklęte okienko,

Trener Waldemar Fornalik

Przywita ich tą piosenką:

Nic się nie stało! Chłopaki nic się nie stało…

            Teraz, po meczu towarzyskim z Estonią, już chociażby z przekory nie wygaszę wiary w możliwość naszych sukcesów na tym polu i będę kibicował! Mam w garażu biało – czerwoną chorągiewkę, którą dumnie woziłem w czasie Euro 2012, wywieszę ją ponownie! Może na razie ostrożnie… Będę ją woził wewnątrz samochodu, przytwierdzę do tylnego siedzenia za przyciemnianą szybą, bo nie chcę się jeszcze obnosić z moją miłością do piłki. Ale przyjdzie czas chwały!

            Poczułem w sobie nawet misję pobudzania do wiary w polską piłkę tych, którzy zwątpili bardziej niż ja. Kolegom z pracy, do niedawna zagorzałym kibicom piłkarskim, przywiozłem z wakacji prezent. „Puzzle 3D Camp Nou”. Żeby w chwilach smutku mogli sobie układać stadion FC Barcelona. Do prezentu dołączyłem wierszyk:

Kiedy świat osnuty mgłou,

Złóż sobie Camp Nou!

Kiedy jakieś smutki sou,

Złóż sobie Camp Nou!

Kiedy Cię komary tnou,

Złóż sobie Camp Nou!

Trafisz na kobietę złou,

Złóż sobie Camp Nou!

Wisła się pokryje krou,

Złóż sobie Camp Nou!

A jak wpadniesz w totalne g… (czyt. totalnegie)

Odłóż to i idź na Legie! (celowo nie „Legię”, ma być po warsiawsku)

            Mam nadzieję, że prawidłowo odczytają przesłanie tego wiersza. Że mogą się zachwycać grą Hiszpanów, ale niech pamiętają, że najważniejsze stadiony są tutaj, pośród tych pól malowanych zbożem rozmaitem i pomiędzy wierzbami słusznie płaczącymi! Końcówkę każdy kibic może sobie dopasować do nazwy swojego ukochanego klubu. Na przykład:

A jak wpadniesz w monotonię,

Wstań i idź na Jagiellonię…

Jak dopadnie cię deprecha,

Wstań i idź na stadion Lecha…

Jeśli już nadzieje prysły,

Wstań i idź na stadion Wisły… i tak dalej.

            I na koniec poważniej. Nie pierwszy raz się do tego przyznaję. Wzruszam się coraz łatwiej. Ale to zjawisko zaczyna przybierać niebezpieczne rozmiary. Żeby wzruszyć się dwa razy w ciągu jednego miesiąca? Czy to nie przesada? Pierwszy raz dopadł mnie we Francji. Z grupą przyjaciół, podczas kolacji, poznaliśmy przemiłą dziewczynę. Podróżującą po Europie nauczycielkę angielskiego z Niemiec. Okazało się, że dziadkowie Judith pochodzą z Łodzi. Ona już prawie nie mówi po polsku. Prawie, bo pamięta tylko jedno zdanie: „Mamo, daj mi chleba. Ale z masłem”. Mnie to wzrusza.

A drugie wzruszenie dopadło mnie w czasie lektury książki o Antonim Słonimskim. Otóż żona poety, Janina Konarska, w kalendarzyku na rok 1969, w rubryce „Kogo powiadomić w razie wypadku” wpisała: „Antoniego Słonimskiego. Ostrożnie, chory na serce”.

            Że pierwsza część tekstu ma się nijak do drugiej? Owszem. Jakoś będą Państwo musieli z tym żyć. Właśnie odnalezionych dowodów na istnienie miłości i czułości nie zepsuję naciąganym albo absurdalnym „aproposem” (że na przykład piłkarze, w razie kolejnej przegranej, powinni sobie wpisywać w kalendarzyku na rok 1969: Antoniego Słonimskiego).


Podziel się
oceń
10
4

komentarze (48) | dodaj komentarz

Panna cotta

piątek, 03 sierpnia 2012 10:52

Z wakacji przywożę sobie nowe nazwy. Ludzi, zwierząt, rzeczy, zjawisk, potraw. I wciąż coś mnie zaskakuje. Parę dni temu spytałem po obiedzie w restauracji o desery. Jakie są. Pan kelner powiedział, że:

- Jabłecznik, sernik albo… Panakokta.

Nie byłem pewien, czy to ostatnie, to to samo, co jadłem we Włoszech pod nazwą „panna cotta”, a w Polsce już kiedyś trafiłem na „panacota”. Więc na wszelki wypadek sprytnie zamówiłem:

- To ostatnie proszę.

Pan kelner odszedł, ale kiedy wrócił i przyniósł mi coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało na to, co jadłem we Włoszech, trochę się przestraszyłem. Bo powiedział:

- Panakoka bardzo proszę.

Na plecach poczułem uważne spojrzenia współbiesiadników. Dla rozładowania atmosfery miałem nawet podnieść talerzyk z deserem i zbliżyć go do nosa… Że niby chcę wciągnąć… Ha, ha, ha… Ale zrezygnowałem z żartu, szybko zjadłem (tak, to było to – przypomina trochę budyń waniliowy) i wychodząc, z uśmiechem na twarzy, rzuciłem w stronę pana kelnera:

- Bardzo dobra pannakokota. Na pewno jeszcze tu kiedyś wrócę. I polecę kolegom. Może pan nie wie, ale to był ulubiony deser jednego z bohaterów włoskiego westernu erotycznego „Pan ma colta”…

Nie wyglądał na kogoś, kto się przejął tym, co mówię. Ciekaw jestem, co zaproponował kolejnemu klientowi.

 

Z wakacji przywożę jeszcze wiersze, które, wpisane do kalendarza, będą mi kiedyś przypominały miłe chwile spędzone w różnych miejscach świata. Byłem na przykład w Zakopanem. Zobaczyłem na Krupówkach smutną dziewczynę sprzedającą oscypki. Nie miałem na tyle śmiałości, żeby podejść i zapytać dlaczego jest smutna. Ale miałem tyle odwagi, żeby sobie powody tego smutku wyobrazić. A że wyobraźnię mam niebanalną wyszło mi, że ona tęskni za chłopakiem, który rzucił ją z miłości… Zaraz! Nie dokończyłem zdania! Nie rzucił dlatego, że ją kocha, ale rzucił ją z miłości do piłki nożnej. I teraz ona  tak sobie siedzi na Krupówkach, i patrząc w promienie słońca, tęsknie nuci nową wersję pewnej znanej piosenki:

 

Tyle słońca w całym mieście,

Nie widziałeś tego jeszcze,

Popatrz! O… Popatrz!

Ja oscypki mam we wiadrze,

A ty chcesz w niemieckiej kadrze

Kopać! O… Kopać!

 

W Zakopanem prowadziłem niezwykły koncert. Młodzi artyści, podopieczni fundacji Andrzeja Brandstattera „Pro Artis” śpiewali góralskie (albo inspirowane góralskim folklorem) piosenki zespołu „Skaldowie”. Było pięknie, ale przy jednym utworze musiałem ostro zareagować twórczo. Piosenka nosiła tytuł „Juhas zmarł”. A koncert miał być pogodny, radosny. To jak to tak? Tak ostatecznie? Że zmarł nieodwołalnie? Żeby chociaż odrobina nadziei! Napisałem:

 

Tatry całe aż zadrżały,

Juhas zmarł, ale nie cały,

Baca chycił go za syje,

Juhas zmarł, a syja zyje.

 

A ta nazwa włoskiego deseru chyba już mnie prześladuje. Po powrocie do domu, w skrzynce pocztowej znalazłem awizo. Odebrałem na poczcie urzędowe pismo kończące się formułką: „Należność potrącimy z Pana konta”. 

 


Podziel się
oceń
16
1

komentarze (59) | dodaj komentarz

sobota, 27 maja 2017

Licznik odwiedzin:  5 613 245  

Polecamy



Tym razem do prześmiesznych rozmów na pełnych prawach włącza się trzecia wybitna postać - Wojciech Karolak. Słynny jazzman, podpytywany przez dociekliwego Andrusa, barwnie opowiada o małżeństwie z Czubaszek, a jest to związek nie zawsze zgodnych indywidualistów!

"Nowy album „Piłem w Spale... I co dalej?" to zapis koncertu, który odbył się rok temu w Warszawie, w Teatrze Syrena. Był to nie tylko wieczór koncertowy, ale również wydarzenie towarzyskie - Andrus zaprosił na scenę przyjaciół: Marię Czubaszek, Hannę Śleszyńską, Andrzeja Poniedzielskiego, Grupę MoCarta, Chór Collegium Musicum Uniwersytetu Warszawskiego i muzyków, z którymi stale współpracuje - Łukasza Borowieckiego, Wojciecha Steca i Pawła Żejmę.


"Książka zawiera osiem zabawnie ilustrowanych bajek o charakterze satyrycznym, przeznaczonych zarówno dla dzieci (5-7-letnich), jak i dla dorosłych. Bajki w satyryczny sposób przedstawiają cechy i przypadłości ludzkie, ujawniające się w wieku dziecięcym, z którymi borykamy się do późnej starości, np. brak tolerancji, brak życzliwości, egocentryzm, chciwość itp. Bajki zawierają przesłanie czytelne dla obu grup odbiorców. Do książki dołączona płyta z bajkami nagranymi częściowo przez autora."


"Blog osławiony między niewiastami" to nie tylko papierowy wybór najlepszych i najśmieszniejszych tekstów z jego bardzo popularnego bloga internetowego, ale także swoiste „Dzieła wybrane”.


"Myśliwiecka" zawiera piosenki Artura Andrusa zaśpiewane przez samego Autora. Są to głównie utwory kabaretowe, pisane do programów telewizyjnych i na potrzeby występów estradowych.


Rozmowa dwóch wybitnych osobowości polskiej sceny kabaretowej – Artur Andrus wnikliwie przepytuje Marię Czubaszek z jej twórczości oraz burzliwego życia towarzyskiego i rodzinnego.

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Bloog pod patronatem Nieformalnego Stowarzyszenia Umiarkowanego Ograniczania Nadmiaru Wolności w Internecie (NSUONWwI)

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl