Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 243 445 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Rewolwer i bilecik

poniedziałek, 23 września 2013 11:04

Miałem okazję znaleźć się na chwilę wśród autorów najpoczytniejszych współczesnych kryminałów – Ćwirlej, Czubaj, Konatkowski, Marinina. Niestety nie znalazłem się wśród nich jako współautor, ale konferansjer. Prowadziłem wieczór promujący serię książek sensacyjnych. I prawdę mówiąc dopiero wtedy uświadomiłem sobie, jak wielu jest miłośników tego rodzaju literatury. Przypomniałem sobie, że też kiedyś próbowałem pisać powieść kryminalną. Jej akcja rozgrywała się w środowisku polskiej policji dwudziestolecia międzywojennego. Głównymi bohaterami byli: pochodzący z nizin społecznych posterunkowy Marian Sosenko i przedstawicielka Wyżyny Lubelsko - Lwowskiej hrabina Teresa Załóż – Taczapka. Nie wystarczyło talentu, żeby napisać całość, ale szkoda, żeby się nawet początek zmarnował. Proszę sobie poczytać.

Rozdział I

Znaczące przełknięcie.

    Trzynasty września niczym miał się nie wyróżniać spośród innych wrześniowych dni. Jak zwykle koło dwunastej, hrabina Teresa Załóż – Taczapka zjawiła się na posterunku przy ulicy Siennej, w wiklinowym koszyku przynosząc drugie śniadanie swojemu faworytowi Sosenko. Widząc zbliżającą się zamaszystym krokiem kobietę w zamszowej sukni, przodownik Hannerole Schmidtke, który już za kilkanaście lat miał się okazać niemieckim szpiegiem i kobietą, ale na razie nic na to nie wskazywało, zwykł mawiać:

- Idzie hrabina Taczapka, pewnie będzie kanapka.

- Oj ty, oj ty, Hannerole, bądź ty cicho, ja cię proszę – również wierszem odpowiadał posterunkowy Sosenko.

- Marian, wiem! – ostrego głosu hrabiny nie zdołał zagłuszyć nawet szum zamszowej sukni wywołany ciągnieniem po kamiennej posadzce – Wiem, kto zabił tę nieszczęsną artystkę cyrkową!

Sprawa morderstwa znanej warszawskiej akrobatki ciągnęła się od trzech lat. Śledczy skłaniali się ku wersji samobójstwa, jedynymi, którzy wątpili w to, że nawet wybitna akrobatka potrafi strzelić sobie w plecy z odległości dwustu metrów, byli posterunkowy Sosenko i wspierająca go w kryminalnych dedukcjach hrabina Teresa.

- Marian, pamiętasz tę wizytówkę, która przyczepiona była do odnalezionego na miejscu zbrodni rewolweru? Od razu domyśliliśmy się, że to fałszywy trop, że dołączając bilecik księżnej Czarnobrodzkiej, ktoś chce na nią rzucić podejrzenia cień.

- Podejrzenia cień, podejrzenia cień, życie się nie zmienia, ale ty się zmień… - zanucił przy biurku obok przodownik Schmidtke, który po godzinach dorabiał jako autor piosenek i tancerz w teatrzyku rewiowym „Pistacjowy Maharadża”.

- Nie dość, że zabił, chciał z nas zadrwić, tu masz kanapkę – hrabina sięgnęła swoją jedwabistą dłonią do koszyka, przepędziła królika, którego wyciągnęła z niego najpierw, a następnie podała swojemu ulubieńcowi pajdę chleba owiniętą w papier śniadaniowy w ręcznie malowane serca, z napisem: „HTZ-T + PMS = BWM”.

Sosenko zaczął jeść, równocześnie słuchając – były to dwie czynności, które udawało mu się jakoś łączyć, bo na przykład nie umiał razem chodzić i myśleć, siedzieć i mówić, pić i palić.

- Czarnobrodzka, rozumiesz? Czarnobrodzka!

Uważnie spojrzała na posterunkowego zza swojego monokla, który do wczoraj, do chwili, kiedy na nich usiadła, był jeszcze binoklami. Sosenko wyglądał jakby nie rozumiał. Być może dlatego, że rzeczywiście nie rozumiał.

- Co jest przeciwieństwem Czarnobrodzkiej? Białowąs! Czarna broda – biały wąs. Teraz rozumiesz? – hrabina z wyrazem tryumfu na twarzy spoglądała na swojego faworyta. Sosenko na chwilę przerwał jedzenie, żeby pokojarzyć fakty (bo jak jadł, to słyszał, ale nie myślał) i już po chwili mógł wrócić do konsumpcji.

- Oczywiście! Hieronim Białowąs, wypuszczony trzy i pół roku temu na wolność recydywista znany z upodobania do mordowania akrobatek – pomyślał posterunkowy Sosenko zagryzł znacząco i przełknął z zadowoleniem. A hrabina Teresa Załóż – Taczapka aż klasnęła w dłonie z radości:

- On jest cudowny! Potrafi prawie równocześnie pomyśleć, zagryźć i przełknąć!


Podziel się
oceń
272
48

komentarze (79) | dodaj komentarz

Nienawiść, nawiść, wiść

czwartek, 12 września 2013 9:02

Mówi się o „języku nienawiści” w debacie publicznej. Sądząc po częstotliwości używania tego określenia, jest to zjawisko coraz popularniejsze i nie zanosi się na jakąś zmianę. Więc może zamiast dążyć do niemożliwego do osiągnięcia stanu powszechnej sympatii, zamiast mieć nadzieję, że przywódcy najważniejszych partii politycznych zaczną wspólnie jeździć po Polsce i w strojach krasnoludków zgodnie otwierać żłobki i przedszkola, a media będą te wydarzenia relacjonowały zapraszając do skomentowania tego sielskiego obrazka Reksia, Bolka, Lolka, Boba Budowniczego i Jana Tomaszewskiego, warto obśmiać ten „język nienawiści”? Tak, żeby nam się odechciało go używać?

Zacząłbym od pytań do językoznawców. Żeby wiedzieć co to jest „nienawiść” trzeba wytłumaczyć czym jest „nawiść”. Brzmi jak nazwa jakiegoś ziela. „Napar z nawiści świetny na trądzik i problemy gastryczne”. Takie sobie. Szukajmy dalej. To określenie może pochodzić od słowa używanego przez furmanów w kierowaniu koniem: „Nie na wiśta, tylko na hetta idźże ty szkapino moja!”. Czyli „nienawiść” wzięła się stąd, że ktoś chciał, żeby koń szedł na prawo, bo „hetta” to w prawo. To chyba też słabe. Poza tym z „prawo” i „lewo” łatwo wyciągnąć wnioski polityczne.

A może to od gwarowego brzmienia czasownika „nawieźć” (od „nawozić”)? I stąd w repertuarze ludowego teatru „Szeraton” ze wsi Ksebki, wiersz:

„Nawiść albo nie nawiść, oto jest pytanie,

Jest li w istocie szlachetniejszą rzeczą

Znosić pociski jeszcze z wojny, stare,

Czy też, stawiwszy czoło morzu nędzy…

Nawiść czy nie nawiść? Ozime czy jare?”

To może jeszcze inaczej. „Nienawistny” pochodzi od słowa „wist”, a „wist” to według Słownika Języka Polskiego „…oświadczenie podjęcia dalszej gry przeciw osobie deklarującej grę, zobowiązujące do wzięcia określonej liczby lew”. Toż to jeszcze bardziej kojarzy się politycznie!

                Podobno jedną z metod terapeutycznych jest zasada „lecz się tym, czym się strułeś”. Jeśli to prawda, może by tak nadużywającym „języka agresji” polecić wyżycie się na przykład w literaturze? Niech piszą kryminały, horrory, mroczne powieści ociekające przemocą, a może się wtedy odechce tego języka używać „w realu”? Dobrze by było, gdybyśmy również my – społeczeństwo – mieli trochę ubawu z tej zabawy. Na przykład, żeby pisane przez czołowych polityków powieści sensacyjne nie były publikowane pod ich prawdziwymi nazwiskami. Żeby używali pseudonimów, których rozszyfrowaniem mógłby się zając każdy z czytelników. Na przykład horror „Pazury popkultury” napisałby Antylabrador. Wtedy człowiek by sobie dedukował – labrador jest łagodny, przeciwieństwem labradora może być na przykład bulterier, a bulterier to… I już ma satysfakcję z odkrycia kim jest autor. Albo kryminał „Obwodnica” podpisałaby Gołda P. I człowiek od razu leci sprawdzać w archiwalnych publikacjach, kto otwierał obwodnicę Gołdapi. Głupie? Na razie. A może kiedyś coś dobrego z tego wyniknie? Zaczniemy od horrorów, przez powieści sensacyjne, ckliwe romanse dojdziemy do zupełnie niewinnych i łagodnych „Nowych przygód Rogasia z Doliny Roztoki”. Zaraz… Rogaś… Rogaś… Czyj to może być pseudonim?


Podziel się
oceń
198
29

komentarze (201) | dodaj komentarz

Zmiana zasad zmieniania zasad

poniedziałek, 02 września 2013 19:38

Przynajmniej raz w miesiącu otrzymuję oficjalne pismo. Na przykład dzisiaj gazownia poinformowała mnie, że „…ulegają zmianie postanowienia Ogólnych Warunków Umowy Kompleksowej Dostarczania Paliwa Gazowego”, a w ubiegłym tygodniu bank, że nastąpiły „…zmiany zasad pobierania prowizji za czynności bankowe i opłat za inne czynności”… Czy jakoś tak. Używam sformułowania „czy jakoś tak”, bo za każdym razem, kiedy dostaję taką przesyłkę czuję się niewyedukowany, głupi, nieświadomy swoich obywatelskich praw i obowiązków, no w ogóle dziad! Rozumienie tego, co dostałem, kończy mi się na logo banku lub gazowni i moim własnym adresie w nagłówku. Zaczynam mieć wątpliwości, czy kiedykolwiek w szkole uczono mnie czytania ze zrozumieniem, bo już po dziesięciu sekundach nie mam pojęcia, czy to były „ogólne warunki umowy kompleksowej” czy „kompleksowe warunki umowy ogólnej”. Zastanawiam się, co to są te „inne czynności”, za które mam bankowi płacić? Wyplatanie koszy wiklinowych? Bo niby czemu nie?

 

Patrzę na cztery strony A4 zapisane gęstym maczkiem i mam ochotę stracić przytomność. Bo przecież wiem, że powinienem to przeczytać. I wiem, że nie przeczytam. Przecież wiem, że gazownia mogła mi tam napisać, że jeśli w ciągu 3 dni nie zaprotestuję listem poleconym, przejmuje moje mieszkanie, a bank przejmuje gazownię, która przejęła moje mieszkanie. Ale nie mogę… Wiem, że powinienem jakoś zareagować, że tam być może czekają na moje uwagi. Zwłaszcza, że na końcu listu, pan prezes prosi, żebym „w razie potrzeby udzielenia dodatkowych wyjaśnień” zadzwonił, napisał albo przyszedł. I ciekaw jestem, czy jest w Polsce przynajmniej jeden przypadek, że po otrzymaniu takiej przesyłki, przychodzi ktoś do biura obsługi klienta i mówi:

 

- Dzień dobry pani. Ja mam uwagę do punktu 3 rozdziału XII. Jest napisane, że „Operator Systemu Dystrybucyjnego (OSD) w miarę posiadanych możliwości technicznych na wniosek Odbiorcy, udostępnia zdalnie dane pomiarowe dotyczące punktu wyjścia, do którego OSD posiada tytuł prawny i na których rozliczenia dokonywane są tylko dla jednego zleceniodawcy usług, i tylko dla jednego Odbiorcy”. Otóż dlaczego operator ma udostępniać tylko zdalnie? A poza tym, co z punktem wejścia? Czy dane pomiarowe punktu wejścia są mniej ważne niż punktu wyjścia? Otóż nie!

 

Mam nadzieję, że przynajmniej emerytowani prawnicy mają czas na czytanie aneksów i zgodnie z prośbą pana prezesa chodzą do biur obsługi klienta. W ich rękach nasza przyszłość! Bo jeśli wszyscy reagują tak jak ja, to nie ma to najmniejszego sensu.

 

Wiem, że to wszystko konieczne. Że litera prawa, że to dla mojego dobra. Ale zaczynam się dusić. Uważam, że ludzkość zginie przygnieciona ciężarem aneksów do umów i zmian regulaminów oraz długopisów reklamowych…

 

[W tym miejscu nastąpiła krótka przerwa w pisaniu. Sięgnąłem do stojących na moim biurku dwóch kubków, w których trzymam przybory do pisania. Przysięgam, że poniżej publikuję prawdę!]

 

Znalazłem 21 długopisów reklamowych (niereklamowych jest znacznie mniej). Wśród nich: 1 z kopalni węgla brunatnego,4 z hoteli, 1 z banku, 1 z zakładu elektrotechnicznego, 2 z urzędów miast, 1 z jakiejś unijnej organizacji, 4 z domów kultury, 1 z radia, w którym pracuję, 1 z browaru, 1 z zespołu szkół, 1 z centrum odszkodowań, 1 z wytwórni serów, 1 ze słowackiej hurtowni obuwia i jeden nie wiem skąd. Na tym ostatnim jest wypisane imię i nazwisko jakiegoś mężczyzny, którego na pewno nigdy w życiu nie spotkałem. Wpisałem do wyszukiwarki internetowej. To mogą być: były kandydat na wójta lub właściciel firmy kurierskiej. A może to ten sam?

 

I co teraz? Kiedy przez przypadek odkryłem, że jestem kleptomanem? Zgodnie z zasadą, że należy nieszczęście przekuwać w coś dobrego, z kolekcji długopisów reklamowych zrobię sobie hobby. Teraz jeszcze trochę dozbieram, a zimą zrobię z nich szopkę i karmnik. I kompleksowo doprowadzę do nich gaz na ogólnych warunkach


Podziel się
oceń
330
21

komentarze (60) | dodaj komentarz

sobota, 27 maja 2017

Licznik odwiedzin:  5 613 337  

Polecamy



Tym razem do prześmiesznych rozmów na pełnych prawach włącza się trzecia wybitna postać - Wojciech Karolak. Słynny jazzman, podpytywany przez dociekliwego Andrusa, barwnie opowiada o małżeństwie z Czubaszek, a jest to związek nie zawsze zgodnych indywidualistów!

"Nowy album „Piłem w Spale... I co dalej?" to zapis koncertu, który odbył się rok temu w Warszawie, w Teatrze Syrena. Był to nie tylko wieczór koncertowy, ale również wydarzenie towarzyskie - Andrus zaprosił na scenę przyjaciół: Marię Czubaszek, Hannę Śleszyńską, Andrzeja Poniedzielskiego, Grupę MoCarta, Chór Collegium Musicum Uniwersytetu Warszawskiego i muzyków, z którymi stale współpracuje - Łukasza Borowieckiego, Wojciecha Steca i Pawła Żejmę.


"Książka zawiera osiem zabawnie ilustrowanych bajek o charakterze satyrycznym, przeznaczonych zarówno dla dzieci (5-7-letnich), jak i dla dorosłych. Bajki w satyryczny sposób przedstawiają cechy i przypadłości ludzkie, ujawniające się w wieku dziecięcym, z którymi borykamy się do późnej starości, np. brak tolerancji, brak życzliwości, egocentryzm, chciwość itp. Bajki zawierają przesłanie czytelne dla obu grup odbiorców. Do książki dołączona płyta z bajkami nagranymi częściowo przez autora."


"Blog osławiony między niewiastami" to nie tylko papierowy wybór najlepszych i najśmieszniejszych tekstów z jego bardzo popularnego bloga internetowego, ale także swoiste „Dzieła wybrane”.


"Myśliwiecka" zawiera piosenki Artura Andrusa zaśpiewane przez samego Autora. Są to głównie utwory kabaretowe, pisane do programów telewizyjnych i na potrzeby występów estradowych.


Rozmowa dwóch wybitnych osobowości polskiej sceny kabaretowej – Artur Andrus wnikliwie przepytuje Marię Czubaszek z jej twórczości oraz burzliwego życia towarzyskiego i rodzinnego.

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Bloog pod patronatem Nieformalnego Stowarzyszenia Umiarkowanego Ograniczania Nadmiaru Wolności w Internecie (NSUONWwI)

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl